RNOH:
Artykuły
20.11
'06
|
Bezsenność w Seatle: BEZ UPRZEDZEŃ – Lollapalooza ’96
Tylko Rock 11 / 1996
BEZ UPRZEDZEŃ – Lollapalooza ’96
Tylko Rock 11 / 1996
( Relacja z Festiwalu )
Środek nocy, pełnia księżyca. Dookoła czają się groźne zarysy gór, kilka mil od Twin Peaks, a my musimy się zatrzymać, bo błotnik tak hałasuje, że go zaraz pewnie zgubimy. Zajeżdżamy na postój, reszta ekipy w drugim gruchocie parkuje obok. Godzina przerwy. Sheila łata błotnik, pozostali ucinają pogawędki.
Wyruszyłam w drogę na Lollapaloozę z dziewczynami ze stowarzyszenia Home Alive, grupy organizującej treningi samoobrony dla kobiet. Krótko rzecz ujmując, uczą tam, jak w różnych sytuacjach życiowych skutecznie powiedzieć (lub dać do zrozumienia): „Spadaj człowieku”. W tym towarzystwie mogę się czuć bezpiecznie, nawet gdyby się pojawiły jakieś zjawy od Lyncha.
Dwie godziny później dojeżdżamy na pole namiotowe nad rzeką Columbia. Łysy aż się śmieje do tych widoków. Jeszcze drobne zakupy w całkiem ożywionym, mimo późnej pory, sklepiku. Szukamy naszego kawałka trawy. Śpiwory niepotrzebne, tak ciepło w środku nocy.
Pobudka wcześnie, jedziemy do miejscowości George (w stanie Washington). Tam właśnie, w amfiteatrze Gorge w sezonie wiosenno-letnim odbywają się największe koncerty w okolicy. Żeby było jasne, ta ”okolica” to jakieś trzysta kilometrów od Seattle, czyli coś tak, jakby plenerowe imprezy dla mieszkańców Krakowa organizowano gdzieś koło Karpacza.
Około dziesiątej jesteśmy na miejscu. Na parkingu spotykamy inne lokalne organizacje społeczne, ekologiczne i polityczne. Dla nich w pobliżu amfiteatru ustawiono ogromny namiot o nazwie Brain Trough (Koryto dla Mózgu) i tam przez cały dzień prezentować będą zainteresowanym swój program. Dziewczyny zabierają się za rozłożenie stanowiska, a więc ulotki, plakaty, puszka na datki. Jest też na stole płyta CD pod tytułem „Home Alive: the Art. of Self-Defence”, dwupłytowa składanka z udziałem mniej i bardziej znanych artystów lokalnych wydana kilka miesięcy temu przez Epic. Dochód ze sprzedaży pomaga finansować działalność tej właśnie grupy.
Wychodzę z namiotu – wiadomo już, że będzie to upalny dzień. Publiczności jeszcze nie wpuszczają, więc na spokojnie mogę się zorientować, gdzie jestem. Sprawdzam na licznych straganach, jakich wisiorków, ciuchów i pamiątek dzisiaj nie kupię. Zauważam cyrkowe dekoracje – olbrzymiego słonia, a w innym miejscu goryla, tor do pokazów akrobacji rowerowych, namiot o nazwie Chill Out House (tu pewnie będzie się można ochłodzić), w kilku miejscach wiaty z napisem Rain Room (tu będzie się można ochlapać). Obojętnie spoglądam na egzotyczne jadłodajnie (komu chciałoby się jeść w taki upał). Zauważam też scenę drugą i trzecią – tu będą grali mniej znani wykonawcy. Wciąż nie wiem, gdzie jest amfiteatr. W końcu wiedziona intuicją, udaję się w kierunku pagórka, za którym nic nie widać – pewnie dolina. Wdrapuję się na szczyt i aż mi dech zapiera. Niegłupio to urządzili. Duszkiem wypijam resztkę Seven Up’a jeszcze „z drogi”.
Około pierwszej dostaję foto pass, czyli bardzo ważną naklejkę, dzięki której mogę wejść do tzw. Press House i załapać się na kolę z lodem. Jest dobrze. Studiuję rozkład jazdy całego dnia. W sumie dwadzieścia zespołów w dziesięć godzin na trzech scenach. Dominować będą heavy metal i punk rock, sporo też kapel niezależnych i alternatywy, której w MTV nigdy nie pokażą. Przypominają mi się czyjeś narzekania, że program jest za mało zróżnicowany i za bardzo skomercjalizowany w porównaniu z poprzednimi edycjami festiwalu. Postanawiam się tym nie przejmować i do sprawy podejść bez uprzedzeń.
Około drugiej ruszają małe sceny, teren już się nieco zaludnia, żar leje się z nieba. Na początek, (dla ochłody?) szwedzki zespół Fireside. Wyglądają na nastolatków, czadują ostro. Oglądam tylko przez chwilę, bo zaraz na dużej scenie będzie się coś działo. Zespół nazywa się Psychotica – zauważam tylko błyszczące, plastikowe wdzianka, mocny makijaż i srebrne włosy wokalisty, kolorowe dymy i bardzo glamowatą muzykę – nie mój typ. Jest więc jeszcze trochę czasu, by przygotować się na Wydarzenie Dnia.
Za chwilę główny powód mojego przyjazdu na Lollę – zespół Screaming Trees. Są tu u siebie, ich rodzinne miasto Ellensburg mijaliśmy po drodze, a w jakimś wywiadzie wokalista wspominał niedawno, jak to za młodu pracował na polach sąsiadujących z amfiteatrem. Tłum zebrany przy scenie niecierpliwi się. Czuję, że więcej tu takich, którzy czekają na tę chwilę od kilku lat. Miesiąc wcześniej dostaliśmy nareszcie do rąk nową płytę „Dust”. Aż strach pomyśleć, że mogła nigdy nie powstać. Drzewa przeszły w ostatnich latach kolejny, poważny kryzys. Po nagłym sukcesie „Sweet Oblivion” w 1992 roku byli w trasie przez kilkanaście miesięcy, po czym wrócili szybko do studia i nagrali nowy materiał, zmiksowali go, a następnie... zmazali taśmy. Stwierdzili, że stać ich na lepszą muzykę, ale muszą odpocząć od swojego towarzystwa. Na szczęście wytwórnia Epic pogodziła się z tym faktem. Po przerwie nieporozumienia i zła atmosfera w zespole poszły na bok. Gdy w ubiegłym roku wrócili do pracy, pomysłów, jak mówią, było aż za dużo. W efekcie powstała muzyka, o której recenzent New Musical Express napisał, że jest to brzmienie rock and rolla w niebie – i ja się z tą opinią w pełni zgadzam.
Nareszcie są na estradzie. Zaczynają starą piosenką „Shadow of the Season” – delikatne łamańce gitarowe o wschodnich odcieniach splatają się z egzotycznymi rytmami, ale już po chwili – całkiem rockowy czad. Rusza muzyczna machina z Ellensburga, która zmiata ze sceny wszystko, co było i co będzie. Widowisko jedyne w swoim rodzaju. Potężni bracia Connerowie, pozornie dobroduszni, z gitarami szaleją po scenie. Z tyłu z dzikim błyskiem w oku, Barrett Martin rytmicznie kontroluje te odjazdy. Po środku statecznie wsparty na mikrofonie, z zamkniętymi oczami, Mark Lanegan dopełnia całości zadumanymi tekstami. Lee prezentuje swój numer popisowy – hołubce podczas solówek gitarowych, Van szczerzy zęby, wykręca młynki i trzęsie czupryną. Obok nich jest jeszcze Josh Homme (z Kyuss) – wspiera zespół dodatkową gitarą. Potężne kombinacje dźwiękowe niczym nie ustępują wersjom studyjnym. Do tego głos Marka – na płycie jakby przyciszony, tu brzmi ostrzej, donośniej. Firmowa mieszanka nastrojów – smutek, rezygnacja, zamyślenie, a dookoła radość muzyki, to coś jak rockowe egzorcyzmy i – katharsis. Przy refrenie „Dying Days” łapię się na tym ,że też śpiewam, inaczej się nie da. Na koniec zupełnie niewiarygodna wersja „Gospel Plow” przedłużona o gitarowy jam – motywy z kilku utworów połączone w jedna całość. Schodzą ze sceny. Piękna kapela, choć na okładce Rolling Stone’a ich nie zobaczymy – to nie ten typ.
Właściwie mogłabym już jechać do domu, ale może jeszcze jednak coś się zdarzy. Żeby nieco ochłonąć odwiedzam Rain Room, nabywam butle lodowatej krystalicznej wody pitnej i przez następne siedem godzin kursuję między trzema scenami, oglądając co się da. Niestety program jest tak ułożony, że nie można zobaczyć wszystkiego. Dlatego tylko przez chwilę obserwuję niezwykłe widowisko Shaolin Monks. Najprawdziwsi mnisi chińscy prezentują techniki walk, w tle nastrojowa muzyka i komentarze objaśniające historię i filozofię tradycyjnych metod samoobrony. Niedługo po tym chłopcy z Rancid dla kontrastu dźwiękiem atakują ostro i wyraźnie. W biuletynie festiwalowym znajduję na ostatniej stronie pytanie: Wy czy mnisi z Shaolin – kto wygrałby w konfrontacji? Lars Frederiksen (z Rancid) odpowiada: Oczywiście ładowalibyśmy ostro, choćby dlatego, że jesteśmy bardziej wkurwieni, chyba bardziej niż mnisi. Nic dodać, nic ująć.
Gdzieś w międzyczasie na małej scenie oglądam Satchel z Seattle w pięknym nastrojowo-rozmarzonym spektaklu i kapelkę ze Szkocji, Long Fin Killie grającą „punk art. rocka”, rytmy reggae na zmianę z hard core, przestrojona gitara, a obok celtyckie brzmienia różnych niecodziennych instrumentów. Dla mnie rewelacja. Zaraz po nich legendarni Melvins z miasta Aberdeen w stanie Washington. To u nich Kurt Cobain jako nastolatek przesiadywał na próbach i uczył się grać. King Buzzo z hendrixową czupryną rzeźbi na gitarze i głosem wściekłego lwa serwuje absurdalne teksty. Sekundują mu, jak zawsze prawie goły pałker Dale Crover i basista Mark Deutrom przebrany za kowbojskiego fagasa. Zapodają swoją mieszankę heavy punk atak z zaskoczenia. Potężna kapela pełna pomysłów absolutnie nieprzewidywalnych. Patrzę na publiczność zgromadzoną przy małej scenie i stwierdzam, że chyba mało kto został przy głównej. Biegnę więc zobaczyć, jak na to zareaguje Joey Ramone.
Okazuje się, że tłum w Gorge osiągnął już stan bliski maksimum (dwadzieścia cztery tysiące), więc klientów wystarcza dla wszystkich artystów i ludzi interesu. Zajmuję strategiczną pozycję pod sceną – trzeba pstryknąć kilka zdjęć i postać blisko bodaj przez chwilę, będzie się czym pochwalić wnukom. Zgodnie z przewidywaniami, Joey zaczyna od opieprzenia publiczności, za żywota. Po czym Królowie z Rodu Ramonesów grają składankę pod tytułem Greatest Hits. To chyba najszybsze trzy kwadranse w moim życiu. Nogi same chodzą, głowa się kiwa, a przy „Blitzkrieg Bop” nawet ja jestem gotowa ruszyć w pogo. Pewnie gdyby nie oni, nie byłoby tej imprezy, nie byłoby punk rocka, nic by nie było. Ktoś dawno temu jeszcze lepiej to ujął: gdyby Ramonesów nie było, trzeba by ich wymyślić.
Po tych przeżyciach ścina mnie z nóg, szukam więc schronienia pod daszkiem pizzerii – tak skutecznie, że spóźniam się na koncert dzisiejszego gościa Lolli. Dochodząc do sceny słyszę z daleka „I can’t get no satisfaction...”, głos ni to śpiewa, ni to pokrzykuje, a do tego skoczne rytmy – zespół Devo, czyli weterani new wave. Ubrani w żółte kombinezony wyglądają, jak desant z jakiegoś vaudeville’u w stylu science fiction. Przy akompaniamencie syntezatora i elektronicznej perkusji prezentują swoje teksty – komentarze społeczno-polityczne ilustrujące ich własną doktrynę o devo-lucji ( w skrócie – jest źle, a będzie jeszcze gorzej). Do tego układy choreograficzne jakby żywcem wzięte z festiwalu w Kołobrzegu. Ale ludziom się to podoba, a wokalista następnej kapeli tego wieczoru określi całe wydarzenie jako: historyczny moment: the Ramones i Devo na jednej scenie.
Jest prawie ósma, w dolinie rzeki Columbia już odrobinę chłodniej. Przy scenie robi się bardzo tłoczno. Wychodzą na scenę, zalotnie uśmiechnięty Chris, za nim ironicznie spoglądający Ben i dalej, jak zawsze skrzywiony Matt, a z lewej filozoficznie spokojny Kim. Rusza Soundgarden. Zaczynają super hitem „Spoonman”. Robię kilka zdjęć i uciekam spod estrady, bo robi się niebezpiecznie. Idę wysoko na górę amfiteatru podziwiać zachód słońca nad kanionem Columbii. Jest to chyba najlepsze miejsce na świecie dla muzyki Ogrodników. Chris mówi: Po raz pierwszy od wielu tygodni gram z kluczykami do swojego samochodu w kieszeni. Fajne uczucie. It’s good to be back kome. Publika też reaguje swojsko, ogromny tłum szaleje pod sceną – tam musi być nadal bardzo gorąco. Faceci od pilnowania litościwie polewają tłum wodą. Słyszymy utwory z trzech ostatnich albumów, a także kilka całkiem nieznanych. Nastrojowe ballady mieszają się z odjazdami. Gdzieś w połowie niespodzianka, piękna wersja „Waiting for the Sun” zespołu the Doors. Zaraz po tym muzycy schodzą ze sceny, zostaje sam Chris Cornell i akompaniując sobie na gitarze śpiewa „Black Hole Sun”. Wietrzyk powiewa, czarno-czerwona chmura na zachodnim niebie i poezja gitarowych dźwięków – osiągam stan absolutnego zadowolenia, z którego wyrywa mnie dopiero końcowy aplauz.
Zapadł już zmrok, księżyc wylazł z kryjówki, zaczynam odczuwać skutki całego upalnego dnia. Co ja tu jeszcze robię? Nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi oglądać Metalikę. Właściwie to znam nawet jeden cały utwór, ten co ostatnio grają w radio, ale żeby zaraz o tym pisać do poważnego magazynu? Cóż, mam jeszcze kilka klatek w filmie, może przynajmniej ładne zdjęcie zrobię. Czekam w tłumie bardzo ważnych reporterów, tym razem prysznic nie ominął i nas. Włączono białe światła i zza kulis słychać pojedyncze gitarowe sygnały. To wystarcza: publika wpada w szał. Wychodzą czterej i startują. Oni sami, scena, perkusja w kolorach biało-srebrno-czarnych. Bardzo nastrojowo. Zaczynają grać coś co przypomina Taniec z szablami. Gitarzysta mizdrzy się do kamery. Podoba mi się taka praca.
Koniec kliszy, idę do góry, byle dalej od huku dział. Publika rozgrzana do czerwoności, a Panowie Metalowcy piłują tak, jakby wiedzieli, że tylko oni mają rację. W pewnym momencie ten co śpiewa pyta: Kto z was widział Metalikę wcześniej? Potężny wrzask na dole. Kto z was nigdy wcześniej nie widział Metaliki? Potężny wrzask na górze. Drę się i ja. No to pokażcie tym skurczysynom, jak się z Metaliką należy bawić. Startuje ostry kawałek, a wierni na dole wprawiają glebę w ruch. Zamykam oczy, by wsłuchać się (bez uprzedzeń) w muzykę Bestii. Niby ostre łojenie, ale w środku bluesa słyszę. Trzypiętrowa gitara, potężna perkusja i dziki śpiew. Otwieram oczy, sprawdzam, nadal tylko czterej na scenie. Gdzieś w połowie koncertu muzycy znikają, gasną światła i nagle widowisko: fajerwerki przetaczają się po scenie, czerwone, białe obłoki dymu. Bardzo nastrojowo. Powrót na estradę, łoimy dalej. Nawet mi się to zaczyna podobać, a gdy dochodzi do tej jednej piosenki, którą znam, stwierdzam, że może jednak zostanę fanką. Potem spokojna ballada. Na widowni zapalają się tysiące światełek. Bardzo nastrojowo. Szkoda, że to już koniec. A właśnie, że nie. Publiczność krzyczy: More! Drę się i ja. Wracają i jeszcze trzy kawałki. A potem jest już tylko ciepłe: Odwalcie się. Wrócimy niedługo! No to do zobaczenia.
Patrzcie państwo, tyle lat udało mi się przeżyć z przekonaniem, że jak coś ma na imię heavy metal to trzeba to z daleka omijać. Wystarczyło na Lolle przyjechać i mi się ucho otworzyło. (Perry Farrell by się uśmiał!)
the Gorge „koło” Seattle, 30 lipca 1996
Jadźka Ryba
powrót