RNOH:
Artykuły
20.11
'06
|
Bezsenność w Seattle: Prywatna historia świata
Relacja z koncertu Laurie Anderson
PRYWATNA HISTORIA ŚWIATA – Tylko Rock 6/ 1995
(relacja z koncertu Laurie Anderson – Seattle, 6 lutego 1995)
O tym, że Laurie Anderson będzie w Seattle słyszałam grubo wcześniej, ale nie byłam pewna, czy chcę iść na ten koncert. Jej twórczość znałam zaledwie z dwóch płyt i odczucia miałam dość mieszane – lubię jej sposób śpiewania i teksty, ale, z zasady, nie przepadam za nadmiarem elektroniki w muzyce. Z drugiej strony kusiło mnie, by zobaczyć artystkę, o której fama głosi, że daje najciekawsze występy spośród wszystkich wykonawców amerykańskich.
Wsłuchałam się zatem w wydany latem ubiegłego roku album „Bright Red”, przejrzałam „Stories From the Nerve Bible” – opublikowaną rok temu książkę, która jest zapisem dwudziestoletniej drogi twórczej Laurie Anderson, przeczytałam kilka wywiadów i... zadzwoniłam do Ticketmasters spytać, czy są jeszcze bilety. Wcześniej słyszałam, że trudno dostać się na jej koncerty, ale tym razem zaplanowano w Seattle dwa wieczory w pięknej sali Fifth Avenue Theatre. Okazało się, że trzy dni przed datą na afiszu mieli jeszcze kilka miejsc, znaczy, na mnie jedno z nich czekało. No i dobrze, nie wiadomo, kiedy następna okazja się przytrafi.
„The Nerve Bible” – tak zatytułowany jest ten program, to pierwsze od pięciu lat „pełnometrażowe” przedstawienie Laurie Anderson. Próbna wersja z roku 1992 pokazana była jedynie we Frankfurcie i w Filadelfii, po czym przez następne dwa lata artystka kontynuowała pracę nad nim. Jak się później dowiedziałam, miałam okazję oglądać światową premierę tego widowiska w jego ostatecznej formie.
To co zobaczyłam, można by chyba bardziej adekwatnie określić jako muzyczny teatr jednego aktora – scenariusz tego koncertu opracowany jest w najdrobniejszych szczegółach, zaś muzyka i cała strona wizualna podporządkowane są myśli przewodniej. Podobnie jak najnowszy album i książka, widowisko to jest swoistym spojrzeniem wstecz, autorefleksją artystki, rachunkiem zysków i strat w jej własnej drodze przez świat. Poszczególne teksty to krótkie opowiadania, jakby fotografie słowne połączone ze sobą linią życia. Są tam wspomnienia na temat dzieciństwa, bliskich ludzi, miłości, podróży. Te intymne zwierzenia przeplatają się z refleksjami na temat otaczającej rzeczywistości, a całość układa się w jej prywatną współczesną historię świata.
Motywem pojawiającym się kilkakrotnie w tym kontekście jest to, co ze zdziwieniem i autoironią Anderson określa, jako swą fascynację przejawami siły i władzy. Opowiada o sytuacji sprzed paru lat, gdy była w Izraelu z koncertami i jeden z promotorów, wiedząc o jej zainteresowaniu ciekawymi efektami wizualnymi, zorganizował dla niej pokaz środków wybuchowych „na jakimś parkingu”. Oglądała więc fascynujące, dymne efekty i nagle ogarnęła ją refleksja: „Ja, obywatelka kraju – największego w świecie producenta broni, oglądam bomby z obywatelem drugiego co do wielkości importera broni i świetnie się bawimy! Coś tu nie gra.” To zdarzenie stanowiło jedno z ważnych źródeł tego przedstawienia. Słyszymy więc anegdoty na temat terroryzmu, zewnętrznych atrybutów władzy i przemocy, metod używanych przez ludzi interesu do manipulowania klientami. Opisywane sytuacje stanowią punkt wyjścia do rozważań nad naturą człowieka, a w szczególności samej autorki. Ironia i pesymizm mieszają się z potrzebą nadziei. Pytanie: „Czy sprawy zmierzają ku lepszemu, czy ku gorszemu?” pojawia się często w najnowszej twórczości Laurie Anderson. Wzruszająco prosta i optymistyczna odpowiedź, jaką dał jej swego czasu John Cage, stanowi przesłanie spektaklu: „Oczywiście, ku lepszemu, dużo lepszemu. Jesteśmy coraz mądrzejsi, coraz szybsi. Tylko ludzie tego nie zauważają, bo to tak powoli się dzieje.”
Podczas występu Anderson często posługuje się słowem mówionym. Niektóre tylko, bardziej liryczne teksty śpiewa. Cały czas, oczywiście, towarzyszy jej podkład muzyczny, w znacznej części z taśmy. Na scenie widzimy zaledwie jeden niewielki syntezator i porozstawiane w kilku miejscach mikrofony. Drugi bohater wieczoru to.... skrzypce – w kształcie łuku, chwilami brzmiące jak akustyczne, czasem jak elektryczne, a nawet jak cała sekcja smyczków. Zawsze artystka ma je w zasięgu ręki, po to by zagrać frazę lub dwie i dalej ciągnąć swe opowieści. W zdumiewający sposób przechodzi od jednej czynności do drugiej: od mówienia do śpiewu, od gry na skrzypcach do tańca. W pewnym momencie gra na przemian na syntezatorze i na skrzypcach, a jednocześnie śpiewa do dwóch mikrofonów, z których jeden ma wbudowany filtr i przekształca jej głos nadając mu specyficzny metaliczny ton.
Stałym elementem widowisk Laurie Anderson od dawna są ekrany i pojawiające się na nich ruchome obrazy. Jest to zmieniająca się co chwilę scenografia, czasem ilustracja do tekstu, czy tylko istotne tło – zdjęcia wielkich miast, dokumentalne sceny wojenne, lub dziwne, nieokreślone wizje komputerowe. Nic jednak nie dzieje się tu przypadkowo – obraz na ekranie jest partnerem scenicznym artystki, wciąga ją do rozmowy, prowokuje jej reakcje, bądź komentuje to, co ona mówi.
Właśnie to współdziałanie wszystkich elementów przedstawienia: tekstu, głosu, ruchu, muzyki i obrazów, a także subtelnego, finezyjnie dopasowanego do całości oświetlenia – wprawia w zdumienie. Techniczna perfekcja nie jest jednak w stanie przytłoczyć osobowości Laurie Anderson, wręcz przeciwnie – podkreśla ją. To ona przez ponad dwie godziny rządzi tą maszynerią, podobnie jak emocjami publiczności. Chwilami zasiada bezceremonialnie na jakimś podeście i, wymachując nogami, opowiada zabawną anegdotkę, ale już za moment podniesie skrzypce i zagra kilka dostojnych fraz wykonując przy tym uroczysty taniec. Liryczna i pełna zadumy liryczna piosenka o nigdy nie przeżytej miłości, a zaraz potem wspomnienie o babci, która całe życie spędziła oczekując końca świata i w tym duchu też pouczała małą Laurie, a nawet wyruszyła z tym przesłaniem z misją do Japonii. Przez cały czas publiczność posłusznie podąża za Laurie – chwilami słychać gromki śmiech, a już za moment widać na twarzach słuchaczy zamyślenie i zasłuchanie. I nie ma już większego znaczenia, nawet dla mnie, fakt, że gdzieś tam w tle rytm wybija jakiś bliżej niezidentyfikowany elektroniczny automat.
5th Avenue Theatre, Seattle, 6 lutego1995.
Jadźka Ryba
powrót