Dzień dobry! -

RNOH: Artykuły

05.12 '06 |

Bezsenność w Seattle - Bogini

relacja z wieczoru poezji Patti Smith

BOGINI – Tylko Rock 02/ 1996

( Relacja z wieczoru poezji Patti Smith)


Gdzieś na początku 1989 roku przeglądałam bieżący numer Magazynu Muzycznego i moją uwagę przykuły zdjęcia przeraźliwie chudej brunetki i zdanie (cytuję z pamięci, więc niedokładnie): Gdyby nie ciekawość, co będzie na następnej płycie Rolling Stonesów, dawno popełniłabym samobójstwo”. Nazwisko Patti Smith nie mówiło mi nic, ale sporych rozmiarów artykuł przeczytałam parokrotnie, po czym przez kilka miesięcy, bezowocnie, rozpytywałam o nagrania. Dopiero w wielkanocnym Klubie Płytowym Tomek (alias Nosferatu) zagrał album „Easter”. Wszystko się zgodziło – tak śpiewającej kobiety w życiu nie słyszałam. Panczurski czad pomieszany z liryczną poezją, Morrison ze Stonesami i, gdzieś tam, miedzy wierszami, całkiem babska kokieteria. Niedługo potem byłam szczęśliwą posiadaczką wszystkich pięciu albumów Patti Smith. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że dane mi będzie słuchać jej na  żywo.
 Cztery klasyczne już albumy nagrała w drugiej połowie lat 70-ych. Jeszcze wcześniej występowała w nowojorskich klubach prezentując swoją poezję przy akompaniamencie najpierw tylko gitary, potem doszło pianino, a w końcu recytację zastąpił śpiew. W lutym ’71 podczas pierwszego występu w Kościele Św. Marka w Nowym Jorku oglądało ją dwieście osób, we wrześniu ’79 we Florencji ostatni koncert Patti Smith Group odbył się przy siedemdziesięciotysięcznej widowni. Cel został osiągnięty – namieszała ile się dało i... zniknęła, a dokładniej – wyszła za mąż za Freda „Sonic” Smitha (dawniej gitarzystę MC%) i zajęła się życiem rodzinnym. W 1988 roku wróciła do studia, by nagrać album „Dream of Life”, ale nie wznowiła regularnych występów.
 Odkąd jestem w Stanach wypatruję uważnie wszelkich śladów jej istnienia. Znalazłam więc tomik poezji „Early Work, 1970-79”, jedną piosenkę zaśpiewaną a capella na składance „No Alternative”, nagranie dokonane razem z mężem na ścieżce dźwiękowej do filmu „Until the End of the World”, i od czasu do czasu,  w prasie muzycznej sensacyjne w tonie wzmianki o jej niezapowiedzianych występach w ramach tej czy innej imprezy, przeważnie w Nowym Jorku. Najczęściej jednak jej nazwisko spotykam czytając o innych, młodszych artystach – wielu otwarcie przyznaje się do fascynacji jej twórczością, a np. L7 czy P.J. Harvey wystarczy posłuchać, by to stwierdzić. Najbardziej podobało mi się to, co powiedział Mike Stipe z R.E.M. w wywiadzie dla Rolling Stone’a rok temu. Gdy miał piętnaście lat znalazł pozostawiony przez kogoś egzemplarz magazynu Creem. Przeglądając go zobaczył zdjęcie Patti Smith, wyglądała jak wampir i mówiła o twórcach ówczesnej sceny nowojorskiej. Od tego momentu Mike zaczął czytać poezje Artura Rimbaud (bo ona powtarzała, że ją bardzo inspirował) i słuchać zakręconej muzyki. Co było później, wszyscy wiedzą.
 Początkiem sierpnia wzięłam do ręki program tegorocznego Bumbershoota i zobaczyłam co następuje: niedziela, godz. 20.00, budynek Opery – wieczór literacki, i tam, jako piąta – Patti Smith. W sąsiedniej rubryce z rozpiską zdarzeń na Stadionie Memorial, o tej samej porze – The Ramones. Ech, życie! I to w dodatku najpewniej ich ostatni koncert w Seattle przed przejściem na emeryturę. Na ten stadion to ja nawet poszłam, żeby zobaczyć otwierające Mudhoney (w takim tłumie jeszcze ich nie oglądałam), a potem szepnęłam cichutko „Adios Amigos” i przeniosłam się do Opery.
 Otwierających literatów cierpliwie wysłuchałam pilnując miejsca w trzecim rzędzie. Po przerwie, niezapowiedziana przez nikogo, weszła na scenę, jakby mimochodem, od niechcenia. Chuda, jak zawsze, w dżinsach, podkoszulce i skórzanej kurtce, z uśmieszkiem na tej swojej niesamowitej twarzy. Przeczytała kilka tekstów, trochę politykujących, trochę osobistych, niektóre dedykowała zmarłym przyjaciołom. Jedne z opublikowanych tomików, inne z maszynopisu. Gdyby zdawała do szkoły aktorskiej, pewno by ją oblali. Wyrzucała te wiersze z siebie jakby od niechcenia, jednostajnie, trochę podobnie jak w nagraniu „Babelogue” na albumie „Easter”, z jedną różnicą:  starsza o dwadzieścia lat, Patti Smith brzmi jeszcze bardziej prawdziwie niż wtedy, i niemal dostojnie, emocje przyciszyła mądrość życiowa.
 Na koniec tej części przeczytała „People Have the Power”, to nic, że bez muzyki, efekt co najmniej tak samo elektryzujący jak na albumie „Dream of Life”. Potem poprosiła na scenę  przyjaciela-gitarzystę i razem wykonali „Dancing Barefoot” i „Ghost Dance”, a na koniec piosenkę napisaną po śmierci męża rok temu. W tej ostatnie Patti grała też na gitarze. I to wszystko. Nie umiem powiedzieć, ile czasu trwał ten występ, chyba zapomniałam popatrzeć na zegarek.
 Jakiś recenzent napisał niedawno o jednym z jej krótkich „koncertów” w Nowym Jorku: Publiczność traktowała ją jak Boginię. Faktycznie, cokolwiek powiedziała, czy zrobiła było zachwycające. Czytając pierwszy tekst przerwała na moment, by zdjąć kurtkę – aplauz. Co, nieźle jeszcze wyglądam? – aplauz. Nieco później:  Martensy włożyłam, żeby się do młodzieży upodobnić – aplauz. Śpiewając, zrzuciła je – aplauz. Splunęła na scenę – aplauz. Ludzie myślą, że jak pluję, to na znak protestu, a ja pluję, bo jak mówię to mi się ślina w ustach zbiera – aplauz. Wzięła gitarę do ręki – aplauz. Pewnie się zastanawiacie, czy znam ze trzy akordy – aplauz. No a na koniec długa owacja na stojąco. Jednak bisów tego wieczoru nie przewidziano. Chociaż....
 Pobiegłam do domu i przeżywając jeszcze całe to zajście, bezmyślnie włączyłam radio, a tam wywiad z nią nagrany tego ranka. Okazało się, że na Bumbershoocie wystąpiła dwa razy – w Operze, a wcześniej, niezapowiedzianie, na jednej ze scen na otwartym powietrzu. Na antenie mówiła m.in. o swojej nowej płycie, która ma ukazać się w lutym, o tym, że owszem ma zamiar sporadycznie występować, ale musi zajmować się dwójką swoich dzieci i to jest najważniejsze. Skomentowała fakt, że uznano ją za patronkę kobiet tworzących. Pochlebia jej to, ale gdy zaczynała, nie myślała o tym, nie planowała, że stanie się wzorem dla feministek, chciała raczej kierować swoją poezję i muzykę do wszystkich myślących inaczej, samotnych, wyalienowanych, nieprzystosowanych, do tych, którzy nie identyfikowali się ze sztuką powszechnie panującą w latach 70-ych. Cieszy ją to, co stało się w muzyce ostatnio: większa różnorodność, związek muzyki rockowej z innymi rodzajami sztuki, fakt, że mniej artystów nastawionych jest na sukces komercyjny. Komentując niektóre bardziej radykalne rodzaje muzyki powiedziała, że nie interesuje ją sztuka, która służy kanalizowaniu złości, gniewu i niezadowolenia: na dłuższą metę jest to nudne. Muzyka rockowa jest świetnym środkiem komunikacji przekraczającym bariery językowe, i jako taka powinna inspirować i przekazywać pozytywną energię.
 Jak się te słowa mają do tego, co Patti Smith robi? Co ja tam będę tłumaczyć, popatrzcie na to zdjęcie!

       Seattle, wrzesień 1995

 

Jadźka Ryba

powrót
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Radio Niebieskie Oczy Heleny

2006-11-10

ENEMEF: Kino Konesera

2012-05-14 - 2012-05-25

Bilety:: www.enemef.pl.

  Nasz telefon: 017 85 40 222
  Nasz GG: 2793577

Politechnika Rzeszowska

Polskie Rozgłośnie Akademickie
Politechnika Rzeszowska
Akademickie Radio i Telewizja Centrum

© 2006 Wszelkie prawa zastrzeżone
Wszystkie materiały prezentowane na stronach serwisu www.radiocentrum.pl (np. teksty, layout, grafiki, zdjęcia, logotypy, kod html/css etc.)
chronione są prawem autorskim. Ich nieautoryzowane wykorzystanie w jakikolwiek sposób jest karalne.