RNOH:
Artykuły
01.02
'07
|
Bezsenność w Seattle - Muzykalny Indiana Jones
Wywiad z Barrettem Martinem
MUZYKALNY INDIANA JONES (Rozmowa z Barrettem Martinem) – Tylko Rock 06/ 1997
Wywiad z perkusistą Screaming Trees, Mad Season oraz liderem Tuatary
Przez dwa lata włóczenia się po klubach i salach koncertowych Seattle miałam okazję oglądać Barretta Martina w akcji aż dziesięć razy, w sześciu różnych zespołach. Najczęściej grał na perkusji, czasem na kontrabasie, wiolonczeli i gitarze basowej, a także na wibrafonie, marimbie zwykłej i basowej, na tabli, djembe oraz na kilku instrumentach, których nazw, niestety nie znam. Na co dzień jest członkiem zespołu Screaming Trees, ale ponieważ ta kapela ma długie przerwy w działalności, Barrett ma sporo wolnego czasu na pracę w licznych projektach ubocznych – Mad Season, Jack Endino’s Earthworm, zespół Mike’a Johnsona to te najsłynniejsze. Ostatnio, wraz z kilkoma muzykami mieszkającymi w Seattle założył nową grupę o nazwie Tuatara – na razie można oglądać jej egzotyczno-jazzująco-hipnotyczne widowisko w tamtejszym klubie Crocodile Cafe. Przed jednym z koncertów tej nowej formacji zagadnęłam Barretta o wywiad dla Tylko Rocka. Zgodził się chętnie. Spotkaliśmy się więc tydzień później w Krokodylu. Okazało się, że w międzyczasie był nieco zajęty, bowiem z kolegami nagrywał podkład instrumentalny na nowy album Marka Eitzela.
Dlaczego to wszystko robisz?
Wiesz, przede wszystkim lubię grać. Dawniej przez długi czas grałem, choć nie zarabiałem tym na życie. I gdybym musiał kiedyś wrócić do jakiejś zwykłej pracy, też nadal grałbym dla przyjemności. Dużo radości sprawia mi granie różnych rodzajów muzyki. Lubię być w zespole rockowym, ale też zawsze interesowałem się egzotycznymi brzmieniami i muzyka świata.
Podobno zbierasz instrumenty egzotyczne?
Zgadza się. Mam sporą kolekcję, kilkaset instrumentów z Bliskiego Wschodu, z Indii, Japonii, Chin. Ciągle mi coś przybywa.
Przydają się teraz w twoim nowym zespole...
Tak, czasem na próby przywożę całą ciężarówkę instrumentów, bo albo ktoś chce coś pożyczyć, albo chcemy popróbować nowych brzmień.
O ile wiem, pierwszy publiczny występ Tuatary miał miejsce tu w Krokodylu w październiku. Od jak dawna gracie razem?
Zaczęliśmy jakiś rok temu. Justin (Harwood, z zespołu Luna – przyp. j.r.) i ja pracowaliśmy nad nagraniem demo ścieżki dźwiękowej do filmu. Nieco wcześniej Peter (Buck, REM – przyp. j.r.) wspominał coś, że chciałby założyć zespół tego rodzaju – on też zbiera instrumenty egzotyczne, więc zaprosiłem go do współpracy. Potem doszedł Skerik (Critters Buggin’ – przyp. j.r.). Najpierw grał na saksofonie, potem zaczął się bawić instrumentami perkusyjnymi, i tak to się przekształciło w zespół. A teraz widzimy to jako naszą, seatlową wersje Wrecking Crew.
Czego!?
Wrecking Crew. To był słynny zespół z Los Angeles, który na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych robił podkłady instrumentalne dla różnych wokalistów. Chcielibyśmy działać trochę podobnie. Gramy własną muzykę inspirowaną folklorami świata, nagraliśmy już album. Będziemy nagrywać ścieżki dźwiękowe do filmów i chcielibyśmy robić podkłady dla wokalistów.
Ta współpraca z Markiem Eitzelem ostatnio to już coś w tym rodzaju?
Właściwie tak, prawie wszyscy muzycy Tuatary wzięli udział w nagraniu, z wyjątkiem Justina, więc na basie zmienialiśmy się Peter, Scott (McCaughey, The Young Fresh Fellows, ostatnio też jeździł w trasy z REM – przyp. j.r.) i ja. Wiesz, od dawna stanowimy taką silną grupę tu w środowisku muzycznym Seattle. Jammowaliśmy wielokrotnie w różnych składach. Wszyscy ci ludzie, z którymi grywam, Peter, Mike McCready, Mike Johnson, Skerik, Baker, Mike Stone, Justin, Scott – to znakomici muzycy, są mistrzami swoich instrumentów, więc każda kombinacja tych ludzi musi być świetna.
Pozostali muzycy Screaming Trees również robią coś na boku, więc nie ma tu mowy o braku lojalności z twojej strony, prawda?
Wiesz co, myślę, że tylko dzięki temu Screaming Trees istnieją tak długo. Nagrywamy jeden album na trzy, cztery lata, na płycie umieszczamy dziesięć, dwanaście utworów, więc trzeba szukać sposobów, by zagrać te pozostałe piosenki, które każdy z nas pisze. Zawsze myślałem, że jeśli jesteś tylko w jednym zespole i próbujesz wszystko zrobić z tą samą grupą ludzi, zamykasz się, odgradzasz się od reszty świata, a jednocześnie stwierdzasz, że nie potrafisz zrobić nic więcej. Rock and roll stworzył wiele takich barier, a jeśli popatrzysz na płyty jazzowe, na jednej masz Davisa, Monka i Mingusa. Każdy z nich miał swój własny zespół, ale czasem spotykali się, by pograć razem i dzięki temu powstawała muzyka, która w przeciwnym razie nigdy nie zostałaby stworzona.
To skojarzenie to pewnie nie przypadek. Jeśli się nie mylę, zaczynałeś od grania jazzu?
Mój pierwszy zespół to było combo jazzowe, grałem w nim na kontrabasie.
To znaczy, że kontrabas był twoim pierwszym instrumentem?
Nie, pierwsza była perkusja, jeszcze w szkole w Olympii. Potem studiowałem jako stypendysta na wydziale muzycznym na Uniwersytecie w Bellingham, na północ od Seattle. Tam studiowałem perkusję, kontrabas oraz instrumenty klawiszowe. w końcu zostawiłem to, bo pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie to zostanę nauczycielem. Przeniosłem się do Seattle, przez chwilę tu chodziłem na uniwerek, ale odpadłem. Poznałem Jacka Endino. To były czasy Green River, Malfunkshun, początki Soundgarden. Sub Pop dopiero zaczynał. Widziałem pierwsze koncerty Mudhoney i Tada. To były fajne czasy...
Czyli twoja współpraca z Jackiem Endino zaczęła się już tak dawno?
Tak, najpierw pracowaliśmy nad jego solowym albumem, potem wylądowałem w Skin Yard (Jack Endino grał w nim na basie – przyp. j.r.) i byłem z nimi do końca, czyli do 1991 roku. Nagraliśmy dwa albumy. Teraz niedawno skończyliśmy nową solową płytę Jacka, ma się niedługo ukazać.
Jack jest wyjątkowo miłym człowiekiem. Pierwszy wywiad w życiu przeprowadziłam właśni z nim.
Naprawdę? Tak, jest bardzo sympatyczny, ale powiem ci, że granie z nim to nie jest jakiś tam spacerek po parku. Jest szalenie wymagający i dokładnie wie, czego chce. Dla mnie jest swego rodzaju mistrzem. Uważam, że jest świetnym producentem. Wielokrotnie pracowaliśmy razem w studio, nagrywając nasze wspólne rzeczy, ale też Screaming Trees, Mike’a Johnsona. Czasem też, gdy Jack pracuje z innymi wykonawcami wchodzę do studia i przyglądam się, jak on to robi, więc sporo nauczyłem się na temat realizacji nagrań.
Wiem, że nie lubi miesiącami pracować nad jedną płytą...
Mam bardzo podobny pogląd na ten temat. Moim zdaniem nagranie płyty nie powinno zajmować więcej jak dwa tygodnie i nie powinno kosztować więcej jak dwadzieścia, trzydzieści tysięcy. Wielu ludzi wydaje dwieście, trzysta tysięcy, niektórzy pół miliona na zrobienie jednego albumu. Wytwórnie płytowe wpuściły się w taką pułapkę – myślą, że im więcej pieniędzy wydasz na nagranie, tym lepsza płyta wyjdzie, a to wcale nie musi być prawda. Niektóre z największych płyt w historii nagrane zostały przez jedno popołudnie, pierwszy album Led Zeppelin, czy pierwsza płyta Police.
Albo na czterośladzie...
Właśnie, choćby „Sgt Pepper”
Trochę się boję zadać to pytanie, ale zaryzykuję. Ile czasu Screaming Trees spędzili w studio nagrywając „Dust”?
Samo nagranie zajęło pięć tygodni, ale w międzyczasie było Święto Dziękczynienia i Boże Narodzenie, a więc przerwy, a to wybija z rytmu. Praca nad „Sweet Oblivion” trwała dużo krócej. I wiesz pewnie, że w międzyczasie nagraliśmy płytę, którą zdecydowaliśmy się skasować, dlatego teraz była swoista presja, że musi się udać.
No właśnie, w związku z tą nie wydaną płytą pomyślałam, że musicie mieć dobry układ z Epic skoro pozwolili wam bezkarnie skasować materiał.
To chyba nie jest dobry układ, tylko oni na lubią i pozwalają nam robić płyty. Nie zarabiamy dla Epic wielkich pieniędzy, ale nagrywamy niezłe płyty i to dodaje im wiarygodności. Myślę, że my też na dłuższą metę mamy więcej wiarygodności dlatego, że skasowaliśmy płytę, którą uważaliśmy za nie dość dobrą i wydaliśmy album, z którego możemy być dumni.
Bardzo podobało mi się, że włączyliście do swojej muzyki te różne instrumenty egzotyczne. Jak to się stało?
Chyba ja byłem pierwszy, który wyszedł z tym pomysłem. Początkowo Mark (Lanegan – przyp. j.r.) był przeciwny każdej drobnostce. Pierwszy raz gdy przyniosłem conga na próbę, mówił: Po cholerę ci to?, ja mu na to: czekaj, coś ci pokażę. Spodobało się, stopniowo pozostali też się przekonali. Wiesz, jestem tego zdania, że rock and roll jest dziś wyprany z pomysłów i trzeba szukać inspiracji gdzie indziej, wracać do korzeni, do starych wzorów. Fascynują mnie takie różne nieprawdopodobne kombinacje, które zdarzają się w muzyce świata – folk celtycki z rytmami afrykańskimi, albo mongolscy Tuvan Singers połączeni z bułgarskim chórem żeńskim.
Wróćmy jeszcze do albumu „Dust”. jest na tej płycie piosenka, która zdumiewa mnie, brzmi jak nie z tego świata. Chodzi mi o „Gospel Plow”. Czy możesz powiedzieć, jak ona powstała?
Na początku ja przygotowałem czterośladowe demo swojej piosenki, a Van i Lee zrobili demo swojej. Potem wzięli kawałek mojego utworu i wsadzili w środek swojego. Tak powstał trzon części rockowej. Potem Mark wszedł z melodią, którą śpiewa. Jeśli chodzi o wstęp i zakończenie, to chyba Mark miał tę melodyjkę, a w studio nagraliśmy najpierw harmonium i tablę, Lee dodał frazę na gitarze, Mark dośpiewał swoje. No a potem przedzieliliśmy ten motyw rockową całością. Myślę, że najlepsze piosenki Screaming Trees to te, które piszemy wszyscy razem, bo czuje się, że są wynikiem współdziałania całego zespołu. Nie jest tak, że jeden napisze piosenkę, a pozostali pomagają ją zagrać.
Zdaje się, że sposób tworzenia bardzo się zmienił przez te wszystkie lata?
Tak, początkowo Lee pisał większość, łącznie z tekstami, dopiero podczas pracy nad „Sweet Oblivion” Van zaczął pisać razem z Lee, a na ostatniej płycie wszyscy trzej jesteśmy twórcami muzyki.
A jak to się stało, że Mike McCready zagrał na waszej płycie?
To była jedna z tych przypadkowych sytuacji. Mike był w Los Angeles gdy nagrywaliśmy i odwiedził nas w studio, by zobaczyć, jak nam idzie. Ta piosenka „Dying Days” ma w sobie coś z jego stylu, więc poprosiliśmy go, by dograł solówkę. Zrobił to w dwóch podejściach.
Skoro o Mike’u mowa, na okładce płyty Mad Season zastanowiła mnie dedykacja: Mad Season dziękują Mike’owi McCdeady”. Za co?
On finansował całe przedsięwzięcie – nagrywaliśmy album nie mając kontraktu, dopiero później rozejrzeliśmy się nieco i wydaliśmy go w Columbii, ale Mike płacił za wszystko. Więc to był taki nasz ukłon w jego stronę, ponieważ uwierzył w nasz zespół.
Zdaje się, że zaczynaliście tu w Krokoldylu grając pod różnymi nazwami, dla zmylenia przeciwnika...
Tak, jammowaliśmy we trzech, ja, Mike i Baker...
To Layne Staley nie był z wami od początku?
Nie, grywaliśmy z różnymi ludźmi, z Petem Droge’m i innymi znajomymi, a w końcu zaprosiliśmy Layne’a do współpracy, zagraliśmy parę koncertów , a potem weszliśmy do studia kilka przecznic stąd i nagraliśmy album, w dwa tygodnie.
Zauważyłam, że w piosence „Long Gone Day” prawie wszystkie ścieżki instrumentalne są twoim dziełem. Czy mam rację?
Tak, grałem na wszystkich instrumentach poza saksofonem i gitarą. Prawdę mówiąc napisałem tę piosenkę, ale w Mad Season podpisujemy wszystko razem, bo wszyscy dodają coś od siebie podczas nagrań. Ten utwór to przykład tego, jak komponuję, trochę hipnotyczno-egzotycznych śladów, może lekkie wpływy jazzowe. Faktycznie lubię brzmienia akustyczne, przejrzyste. Lubię gdy w muzyce jest wolna przestrzeń, powietrze.
A jak to się dzieje, że twoja perkusja, chociażby we wstępie do „X-Ray Mind” czy w „November Hotel” ma tak specyficzne brzmienie?
Istnieją różne techniki nagrywania perkusji. Przeważnie mikrofony ustawia się bardzo blisko, przy każdej części zestawu. Ja uważam, że perkusję należy nagrywać przez mikrofony rozstawione daleko, wtedy słychać całość, a nie poszczególne elementy oddzielnie. Podobnie jak podczas koncertu w klubie – słyszysz wszystkie elementy współgrające jednocześnie. Takie całościowe brzmienie nie może być uchwycone przez bliskie mikrofony. Nagrywając ten album mieliśmy wiele mikrofonów porozstawianych w różnych miejscach studia. Gdy taki zapis idzie na taśmę, słyszysz kto gra na perkusji.
W takim razie, co, twoim zdaniem, cechuje dobrego perkusistę?
Moi ulubieni perkusiści to Dan Peters z Mudhoney i Matt Cameron z Soundgarden – każdy z nich ma swój styl. Dziś w rocku niewielu muzyków ma swoje własne brzmienie, dotyczy to również perkusistów. Styl jest ważniejszy niż technika. Dobry perkusista nie musi być technicznym geniuszem, ale jeśli ma swój niepowtarzalny styl, może zagrać wszystko, co chce. Moim zdaniem, nie ma dobrych zespołów, które mają złych perkusistów, ale może się zdarzyć odwrotnie.
Czy myślisz, że znajomość instrumentów melodycznych wpłynęła na twój styl grania na perkusji?
Na pewno tak. Staram się grać dookoła piosenki, dookoła melodii i śpiewu. Melodia utworu decyduje o tym, co gram. Nie staram się dominować, bo to nie moja rola. Tylko niektóre piosenki Screaming Trees zbudowane są na rytmie, choćby „Shadow of the Season” czy „Dime Western”, niektóre ostre kawałki.
Czytałam gdzieś, że twój riff perkusyjny z piosenki „Nearly Lost You” był wykorzystany jako podkład do przemowy inauguracyjnej prezydenta Clintona w 1993 roku. Czy to prawda?
Tak, też byłem zaskoczony. Włączyłem telewizję, pokazywali Clintona, a w tle zrobili „pętelkę” z tefo riffu. Słyszałem, że ten motyw jest dość często wykorzystywany w ten sposób. Czasem mnie to trochę denerwuje, bo nawet w tych sytuacjach nie podają autorstwa – nie byłem współautorem całej piosenki, ale ten motyw jest mój. Ale co tam, i tak nie robiłem tego dla pieniędzy.
Wygląda na to, że masz w życiorysie sporo ciekawych epizodów. W listopadzie ’95 brałeś udział w koncercie Cyberian Rhapsody. Co to było?
To był koncert Orkiestry Symfonicznej Seattle z okazji oddania do użytku odnowionego Teatru Paramount. Nasza orkiestra słynie z tego, że robi np. ścieżki dźwiękowe do filmów. Kiedyś dała koncert ze Stewardem Copelandem. Kiedy indziej przedstawiła muzykę Franka Zappy. Tym razem prezentowali orkiestrowe przeróbki piosenek wykonawców z Seattle – Screaming Trees, Nirvany, Soundgarden, Alice in Chains, Quincy Jonesa, a także składankę trzech utworów Jimi Hendrixa. Zaproszono do udziału kilku muzyków z różnych zespołów. Matt Cameron i ja graliśmy na przemian, a w składance Hendrixa – jednocześnie. Dwaj muzycy z Queensryche grali swój utwór z orkiestrą. Byli też Mike Inez z Alice in Chains, a nawet Slash – on znalazł się tam głównie dlatego, że jest kolegą Mike’a. I jeszcze jedna ciekawostka – był to pierwszy koncert symfoniczny transmitowany za pośrednictwem Internetu.
Którą piosenkę Screaming Trees zagrali?
„For Celebrations Past”. Żeby było śmieszniej, ta piosenka miała się nie znaleźć na albumie, umieściliśmy ją na „Sweet Oblivion” jako utwór dodatkowy.
Na koniec klasyczne pytanie – jakie masz plany na najbliższą przyszłość?
Niebawem ma wyjść płyta Tuatary, więc pewnie pogramy trochę w Stanach i Europie. Tuatara otrzymała też propozycje stworzenia muzyki filmowej. Poza tym będziemy podgrywać innym ludziom: Mike D. z Beastie Boys dzwonił i proponował, byśmy zagrali z Johnem Fahey. Mike McCready, Baker i ja pracujemy też nad nową muzyką, mamy już trochę gotowych nagrań, prawdopodobnie skończymy niedługo, płyta powinna się ukazać latem. Chyba nazwiemy ten zespół Disinformation.
A co się dzieje z Mad Season? Były jakieś notki w prasie o zapowiadanym dwupłytowym albumie?
Mieliśmy to zrobić, ale na razie ze względu na stan zdrowia Layne’a nie da się tego dokończyć. Może kiedyś później. Przez najbliższe dwa, trzy lata nie będzie też pewnie następnej płyty Screaming Trees – trzeba odpocząć od siebie. Ale chciałbym zająć się trochę więcej realizacją płyt innych artystów. No i planuję trochę pojeździć. Większość ubiegłego roku spędziłem w studio albo w trasie, więc teraz trzeba się nieco odświeżyć, podłapać jakieś nowe pomysły. Za kilka tygodni jadę do Meksyku, potem do Belize, i do Australii odwiedzić rodziców. Razem z Justinem planuję też pojechać na Nową Zelandię, chcemy tam coś nagrywać. Chciałbym też pojechać na Wschód, pozwiedzać trochę. Zawsze podczas takich podróży słucham, czego się da, no i znajduję instrumenty do kolekcji.
Jednym słowem, nuda ci nie grozi. Dziękuję, że znalazłeś czas na tę rozmowę.
Seattle, grudzień 1996
powrót