Dzień dobry! -

RNOH: Artykuły

01.02 '07 |

BIM - Sylwetka i wywiad numeru - Barrett Martin

Artykuł napisany w oparciu o wywiad e-mailowy przeprowadzony i opublikowany w 2004 roku


    BARRETT MARTIN

Barrett Martin to typowy zodiakalny Baran – za cokolwiek się zabiera – wychodzi mu bardzo dobrze. Jest rewelacyjnym perkusistą, co można usłyszeć m.in. na płytach zespołów Skin Yard, Screaming Trees oraz Mad Season. Gra na kontrabasie, wiolonczeli, gitarze elektrycznej, akustycznej i basowej, na instrumentach klawiszowych, na tradycyjnym sitarze, a także setkach (tak!) przeróżnych instrumentów egzotycznych. Instrumentarium Barretta na albumach Tuatary i Wayward Shamans liczy około pięćdziesięciu pozycji.  Ostatnio w projekcie Wayward Shamans również śpiewa. Aha, oczywiście jest też kompozytorem.  Na dodatek – od kilku lat jest szefem własnej wytwórni płytowej Fast Horse Recordings.  A w życiu prywatnym – studiuje antropologię na uniwersytecie stanowym w Taos, Nowy Meksyk i  co roku w czerwcu bierze udział w Ceromonii Sundance Indian Lakota. Tam właśnie otrzymał przydomek „Ten który przyjeżdża na szybkim koniu”.

Zaczynał swą muzyczną podróż w Seattle pod koniec lat 80. gdy tamtejsza scena muzyczna dopiero rodziła się. Nawiązał wtedy współpracę z Jackiem Endino – muzykiem zespołu Skin Yard, a przede wszystkim słynnym producentem, który przyczynił się do stworzenia brzmienia grunge.

Pierwsza połowa lat 90. – czyli czas „rewolucji” grunge’owej” Barrett spędził w znakomitym zespole Screaming Trees. Nagrał z nimi dwa albumy, przez kilka lat bardzo dużo koncertował i „doświadczał rock and rollowego stylu życia”. Z różnych powodów w działalności tego zespołu było sporo przerw, więc żeby wypełnić wolny czas Barrett udzielał się gościnnie na płytach innych wykonawców. Jego nazwisko można znaleźć na płytach m.in.  Mike’a Johnsona, Tada, Seaweed, Endino’s Earthworm.

Pierwszy poważniejszy projekt poboczny to Mad Season, założony przez Barretta Martina i Make’a McCready z Pearl Jam. Zespół istniał krótko (1995 rok), a trwałym śladem tego epizodu jest przepiękny album „Above”, na którym wokalnie udzielali się Layne Staley (Alice in Chains) oraz Mark Lanegan (Screaming Trees).  Tu po raz pierwszy Barrett ujawnił swój talent kompozytorski.

Nowy rozdział w poszukiwaniach Barretta zaczął się w 1996 roku, gdy wraz z Justinem Harwoodem (Luna) i Peterem Buckiem (REM) założył zespół Tuatara. Powrót do  korzeni czyli połączenie muzyki etnicznej z różnych regionów świata z elementami jazzu –tak można określić brzmienie Tuatary na dwóch pierwszych płytach.

Po ostatecznym rozpadzie zespołu Screaming Trees w 2000 roku, Barrett przez krótki czas współpracował z zespołem REM (brał udział w nagraniu albumu „Up”) oraz podróżował i pogłębiał swoją znajomość etnicznych rytmów. Uczył się grać na przeróżnych instrumentach perkusyjnych u mistrzów w Zachodniej Afryce i w Ameryce Południowej. Podczas jednej z tych podróży , poznał Joe Crippsa, muzyka zespołu Brave Combo.  Razem powołali do życia kolejny projekt Wayward Shamans, oraz wytwórnię Fast Horse.

Dlaczego zarzuciłeś współpracę z dużą wytwórnią i założyłeś własne wydawnictwo?
Początkowo podpisałem kontrakt dla Tuatary z wytwórnią Epic/Sony, bo Screaming Trees w tym czasie mieli jeszcze tam kontrakt, więc wydawało się, że jest to logiczne rozwiązanie. Teraz, gdy patrzę wstecz, myślę, że był to błąd – dopuścili do tego, że nasze albumy nie są wznawiane. Ogólnie rzecz biorąc wielkie wytwórnie okazują się niekompetentne gdy przychodzi im wprowadzać na rynek muzykę eklektyczną, eksperymentalną. Ale o tym można przekonać się dopiero z praktyki – nauczyłem się niewiarygodnie dużo na temat przemysłu muzycznego przy okazji tego doświadczenia. Przede wszystkim nauczyłem się, czego NIE należy robić i tę wiedzę „położyłem na stole” gdy zaczynałem Fast Horse. Gdy zakładałem wydawnictwo moim głównym celem było wydawanie moich własnych płyt, jak również płyt innych artystów, co do których mam przekonanie, że ludzie powinni mieć szanse, by ich usłyszeć. I to wszystko bez biurokracji, która jest przypisana wielkim korporacjom. Tym właśnie stały się wielkie wytwórnie – są gigantycznym, biurokratycznym, rozrzutnym, aroganckim, chciwym molochem do produkowania rozrywki. Jest  OGROMNA różnica między tym, czym kiedyś były, a czym są obecnie. Przypuszczam, że to właśnie stanie się przyczyną ich upadku, jak najbardziej zasłużonego.

Czy w nazwie wytwórni Fast Horse jest ukryte jakieś symboliczne znaczenie?
Otrzymałem imię Szybki Koń od lekarza z plemienia Lakota, którego spotkałem na Ceremonii Sundance.  Jest to ceremonia amerykańskich Indian Lakota i od kilku lat uczestniczę w niej jako strażnik ognia przy  potnikach (forma oczyszczania).   Podoba mi się imię Fast Horse, bo jest w nim siła i prędkość, a taka właśnie powinna być wytwórnia płytowa.  Powinna szybko wydawać muzykę i być prężna w przekazywanie jej dalej. Dlatego też nasze płyty są dostępne przez naszą stronę internetową – możemy je dostarczyć do każdego na całym świecie, niezależnie od tego, czy płyty są dostępne w danym kraju.

Czy masz konkretne plany dotyczące stylu muzyki, którą chcesz wydawać?
Zgodnie z założeniem programowym Fast Horse, będziemy wydawać muzykę, którą my jako właściciele wytwórni uważamy za wartościową, niezależnie od tego, czy jest w niej potencjał komercyjny. Muzyka, która podoba się nam i jak sądzimy, również wam się spodoba. W tej chwili mamy 5 tytułów już wydanych bądź planowanych na ten rok (2002). W tym są: nowa płyta Tuatary zatytułowana „Cinematique”, mój nowy album z zespołem Wayward Shamans, „Alchemy”. CeDell Davis, muzyk bluesowy z Delty Mississippi, brazylijska wokalistka Mylene Nunes oraz album z remixami Tuatary. Wszystkich tych artystów poznaliśmy i  pracowaliśmy z nimi, podczas wielu podróży. Joe Cripps współtwórca Fast Horse oraz Wayward Shamans, grał z CeDell Davisem przez kilka lat. Nagraliśmy z nim nową płytę – Tuatara zagrała jako zespół towarzyszący. Nazywa się „Lightning Struck the Pine”. Mylene Nunes spotkałem  i grałem z nią w Rio de Janeiro kilka lat temu. Jej debiutancki album zatytułowany „Mylene”zawiera muzykę, którą można określić jako elektroniczna Bossa Nova. Na kolejnym albumie Tuatary znajdą się utwory ze wszystkich trzech studyjnych albumów remixowane przez różnych DJ’ów i producentów, m.in. DJ Spooky, DJ Wally i Michael Franti. Jak na razie świetnie to wychodzi, wiele z tych utworów brzmi lepiej w formie zremiksowanej niż moje oryginalne miksy. Czasem myślę, że szkoda, że nie robiliśmy tego od początku, ale inna rzecz, że gdy zaczynaliśmy z Tuatarą, nie było takiej możliwości. Rozmawiałem z Peterem Buckiem na ten temat i dochodzimy do wniosku, że skoro remiksy naszej muzyki brzmią tak dobrze, to najpewniej nasz kolejny album będziemy tworzyć stosując ten pomysł.

W jaki sposób fakt, że jesteś swoim własnym A&R wpłynął na twoje podejście do muzyki?
Zawsze stawiałem sobie wysoko poprzeczkę przy tworzeniu moich własnych płyt. Dobre brzmienie, przejrzyste miksy, przemyślana kolejność utworów, itp. Dawno temu, jeszcze gdy byłem w Screaming Trees, nauczyłem się, że najpierw jest „Ten Jeden Utwór”, i dookoła tego buduje się całą produkcję. Chcę tworzyć płyty interesujące, poszukujące, z utworami, które ludzie zapamiętają. Nie interesuje mnie tworzenie „przeboju” – nigdy nie stawiałem sobie takiego celu. Bardziej chodzi mi o to, by stworzyć sztukę, która określa moje osobiste doświadczenie. Tuatara i Wayward Shamans mają podobne podejście do sprawy, ale muzycznie różnią się diametralnie od Screaming Trees czy Mad Season. Myślę, że można usłyszeć ewolucję w mojej grze i w komponowaniu. Jeśli o mnie chodzi – robię to dla samej przyjemności tworzenia. Mam nadzieję, że uda mi się tym sposobem zarabiać na  życie, a jednocześnie tworzyć dobrą muzykę. Ale to w samym akcie tworzenia zachodzi transformacja. Za każdym razem gdy wchodzę do studia myślę: „Zrobię kolejną płytę, i ma być lepsza niż poprzednia”. Dlatego to robię. I poszukuję wykonawców, którzy myślą podobnie.

Gdy rozmawialiśmy 6 lat temu powiedziałeś, że rzuciłeś studia muzyczne ponieważ chciałeś grać rock and rolla, a nie muzykę klasyczną, czy jazz. Teraz tworzysz muzykę, która jest mieszanką różnych wpływów, ale zdecydowanie bliżej jazzu niż rocka. Czy znaczy to, że dla ciebie, jako muzyka, wyczerpał się już potencjał twórczy w rock and rollu?
Tu mnie złapałaś! To zabawne. Czytałem niedawno tłumaczenie tego wywiadu sprzed 6 lat (to faktycznie już tak dawno?), i zauważyłem, że to co mówiłem o jazzie i wykształceniu klasycznym zabrzmiało arogancko i lekceważąco. Nie miałem tego na myśli. Myliłem się – pozwól, że wyjaśnię. Chodziło mi o to, że jeśli studiujesz muzykę na uniwersytecie – przeważnie robisz to dla celów akademickich, np. po to, żeby później też uczyć. Nie to chciałem robić. Chciałem grać. Rzuciłem studia na Uniwersytecie stanu Washington, bo scena w Seattle właśnie ruszała, a ja chciałem grać! Ogromnie lubię grać rock and rolla, ale to jest jednak pewne ograniczanie się. Istnieją granice w rock and rollowym graniu, poza które nie da się wyjść. Również bardzo lubię grać jazz. Uwielbiam jego swingującą wolność Myślę, że Tuatara i Wayward Shamans stanowią idealną mieszankę tych dwóch, a do tego dochodzi Afro-Kubańskie granie na bębnach, którego nauczyłem się w Afryce, na Kubie i w Brazylii. Może zabrzmi to zabawnie, ale właśnie zapisałem się na Uniwersytet stanu New Mexico, tu gdzie mieszkam. Chcę próbować skończyć studia, w przerwach między graniem koncertów. Prawdopodobnie będzie to coś przydatnego, może filozofia, albo religioznawstwo porównawcze.


Czy rozważałeś granie w innym zespole rockowym, po rozpadzie Screaming Trees?
Myślałem o tym, ale w końcu zdałem sobie sprawę z tego, że Screaming Trees byli najlepszym zespołem koncertowym jaki widziałem, w czasie gdy muzyka alternatywna dominowała. Miałem najlepsze miejsce na każdym koncercie, za zestawem perkusyjnym, bo widziałem zarówno zespół jak i widownię. Nie widziałem kapeli, która byłaby lepsza na koncertach, z wyjątkiem Nirvany w latach 90-92. Granie w innym zespole byłoby ogromnym krokiem do tyłu, chyba że robiłbym to dla zabawy. Gdy słyszę dzisiejsze zespoły grające „nowoczesnego rocka”, czuję brzydzenie, gdy słyszę ich banalne, przewidywalne pomysły. Mają kiepskie piosenki, nie potrafią grać na swoich instrumentach, a publiczność otrzymuje całość w postaci papki zaprogramowanej przez radio i MTV. Nie istnieje już żaden prawdziwy trend, który prowadzi akcję ataku. Chodzi tylko o to, żeby brzmieć tak jak jakiś zespół, który miał przebój miesiąc temu. To jest przykre i naprawdę mam nadzieję, że jakaś rewolucja zdarzy się prędzej niż później.

Współpracowałeś przez pewien czas z REM, jak to wspominasz?
Grałem na płycie „Up”, w 1998 roku. W tym czasie grałem dużo z Peterem Buckiem i zaprosili mnie do współpracy w charakterze muzyka sesyjnego. Pomysł był taki, że miałem współpracować z Billem Berry i stworzyć razem jakieś ciekawe rytmiczne rozwiązania na ten album. Niestety podczas prób przed nagraniem (na których nie byłem obecny) on zdecydował się odejść od zespołu. Byłem bardzo zawiedziony, bo bardzo lubię styl gry Billa i jego śpiew i faktycznie chciałem pracować z nim razem. A w końcu znalazłem się w tej niezręcznej sytuacji, że miałem być perkusistą, a tego nie chciałem zdecydowanie. Ostatecznie skończyliśmy album – grałem na perkusji, wibrafonie i kontrabasie. To była fantastyczna sesja pomimo nieobecności Billa. Bardzo dużo nauczyłem się na temat technik produkcji. Grałem jeden koncert z nimi, koncert na rzecz Wolnego Tybetu, w Waszyngtonie, zorganizowany przez Adama Yaucha z Beastie Boys.  Potem REM zapraszali mnie do udziału w trasie, chcieli, żebym grał na różnych dodatkowych instrumentach, ale odmówiłem. Zdecydowałem się powrócić do moich własnych muzycznych poszukiwań, związanych z wyjazdami do Afryki zachodniej, na Kubę i do Brazylii. To były początki Wayward Shamans.

Jak doszło do współpracy z Queens of the Stone Age na płycie „Rated R”?
Faktycznie grałem na instrumentach perkusyjnych na tej płycie. Josh [Homme] grał na gitarze rytmicznej w Screaming Trees gdy graliśmy trasy po wydaniu płyty „Dust”. Potem nagrywałem z nim demo pierwszej płyty QOTSA, a w końcu Josh zaprosił mnie do udziału w nagraniu „Rated R”. Grałem na wibrafonie w piosence „Lost Art. of Keeping Secret” i na tabli, różnych bębnach i instrumentach perkusyjnych w innych utworach. W tym czasie mieszkałem w Los Angeles i studiowałem Zen w japońskiej szkole, ale wciąż miałem telefony, żeby tu czy tam przyjechać na jakąś sesję. Grałem na płycie Victorii Williams, również w kilku solowych piosenkach jej męża, Marca Olsena. Grałem też na marimbie w jednej piosence na czwartym albumie Stone Temple Pilots. Grałem kilka koncertów z zespołem Air oraz trasę promocyjną Virgin Suicides. Potem zrobiłem muzykę do filmu „Lush” – do tego nagrania wykorzystałem Wayward Shamans. W ciągu tych trzech lat zdarzyło się sporo fajnych drobnych sytuacji.

Gdy słucham album „Cinematique” Tuatary i „Alchemy” Wayward Shamans – odnoszę wrażenie, że do Szamanów przeniosłeś większość etnicznych elementów, których dawniej dużo było w muzyce Tuatary, natomiast „Cinematique” brzmi bardziej jazzowo niż poprzednie płyty. Czy to świadomy powrót do jazzu?
Wiesz, wydaje mi się, że ten element jazzowy zawsze był blisko mojego grania. Grałem muzykę jazzową w szkole średniej i na uniwersytecie, dopiero w 1987 roku zacząłem grać w zespole rockowym. Jazz zawsze był na pierwszym miejscu, chociaż lubiłem muzykę The Beatles, czy Led Zeppelin i The Who tak samo jak Coltrane’a, Mingusa i Miles’a. Jeśli posłuchasz tych płyt Screaming Trees, na których grałem – jest w nich swing. To zawsze było w moim stylu gry. Zawsze też używałem rytmów etnicznych. Podobnie jak Max Roach czy Art. Blakey eksperymentowali z afrykańskimi rytmami. Polirytmia afrykańskich bębnów i instrumentów perkusyjnych w połączeniu z podstawowym rytmem perkusji to nic nowego.
Myślę, że perkusiści rockowi i jazzowi tacy jak Max Roach, Art. Blakey, Ginger Baker czy Stewart Copeland - próbowali włączyć etniczne style grania na perkusji do muzyki popularnej, cokolwiek w danym momencie oznaczało określenie „muzyka popularna”. To co sam robię w  muzyce widzę jako kontynuację takiego eksperymentu i wydaje mi się, że udało mi się dotknąć obszary, które wcześniej nie były sprawdzone.

 

 

powrót
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Muzykoterapia

2006-11-26

ENEMEF: Kino Konesera

2012-05-14 - 2012-05-25

Bilety:: www.enemef.pl.

  Nasz telefon: 017 85 40 222
  Nasz GG: 2793577

Politechnika Rzeszowska

Polskie Rozgłośnie Akademickie
Politechnika Rzeszowska
Akademickie Radio i Telewizja Centrum

© 2006 Wszelkie prawa zastrzeżone
Wszystkie materiały prezentowane na stronach serwisu www.radiocentrum.pl (np. teksty, layout, grafiki, zdjęcia, logotypy, kod html/css etc.)
chronione są prawem autorskim. Ich nieautoryzowane wykorzystanie w jakikolwiek sposób jest karalne.