Dzień dobry! -

RNOH: Wywiady

26.10 '06 |

Masters Of Reality - Wywiad z Chrisem Gossem !!!

Zespół Masters of Reality istnieje od dwudziestu lat, ma na swoim koncie sześć rewelacyjnych płyt z muzyką, którą można określić jako czysty, klasyczny hard rock. Leaderem i jedynym stałym członkiem zespołu jest Chris Goss, znany również jako producent płyt m.in. zespołów Kyuss, Queens of the Stone Age, Iana Astbury, Stone Temple Pilots i Scotta Weilanda, i wielu mniej u nas znanych wykonawców.

Picture of Chris Goss by www.sureshotworx.de, to promote "Deep in the hole".

Zdjęcie promocyjne
z albumu "Deep in the hole"

Chociaż MoR powstał w jednym z miast stanu Nowy Jork - Chris od lat mieszka w okolicy Los Angeles i bardzo ściśle związany jest ze sceną muzyczną istniejącą w okolicy Pustyni Kalifornijskiej. Niektórzy mówią o nim, że jest twórcą brzmienia stoner rock (choć on tego określania chyba zbytnio nie lubi).  Miałam przyjemność przeprowadzić telefoniczny wywiad z nim pod koniec października 2002.

> Jakie były początki Masters of Reality i dlaczego zapożyczyłeś nazwę od zespołu Black Sabbath?

Zaczynaliśmy jako zespół dwuosobowy - z automatem perkusyjnym i metalową gitarą. Nikt  w 1982 nie brzmiał tak jak my.  Black Sabbath w tym czasie też nie był popularny, a ponieważ bardzo lubiłem ich, więc przyjąłem taką nazwę żeby wkurwić muzyczne elity, żeby zrobić coś innego, pod prąd.  Zasadniczo to były czasy the Cure, Psychodelic Furs i Public Image, a także rządziła ówczesna muzyka taneczna. A ja zdecydowałem się podłączyć do metalu. Zawsze robię coś niewłaściwego, w nieodpowiednim momencie.

> Czy to znaczy, że muzykę, którą gracie określiłbyś jako metal właśnie?

W tamtych czasach można było się czuć dumnym z tego, bo nikt takiej muzyki nie słuchał. Było  niewielu wykonawców.  Ozzy (Osborne) zaczynał dopiero swoją solową karierę  w 1980-81. Chodziłem na jego koncerty, a wszyscy mówili, że chyba zwariowałem. A teraz sam nie wiem, co znaczy "metal". Myślę, że ta nazwa stała się już śmieszna, to co oznacza, to prawie jak muzyka z kreskówek - kolesie w czarnych skórach i z długimi włosami. Karykatura muzyki.  Lubię hard rocka, lubię dziwne odmiany rocka, lubię to co odmienne w rock and rollu.

> Teksty waszych piosenek są dość enigmatyczne i można je rozumieć na wiele różnych sposobów. Znalazłam na stronach dyskusyjnych w Internecie sporo dość dziwnych interpretacji.  Co myślisz o takich próbach tłumaczenia sensu piosenek?

To jest dobre pytanie. Właśnie wczoraj coś takiego mi się przydarzyło. Pracuję obecnie na Pustyni z zespołem. Jesteśmy na etapie prób, jeszcze nie zaczęliśmy nagrań. Jestem producentem ich płyty. Zespół się nazywa Lo- Five. Są z Los Angeles, ale jesteśmy teraz w studio w Joshua Tree. I wczoraj wokalista zaczął mi tłumaczyć, o czym jest tekst jednej piosenki. A ja mu powiedziałem, "Nie mów mi tego!" On powiedział, "Oj, przepraszam". Powiedziałem mu, nigdy nie mów mi co znaczą twoje teksty. Chcę sam odczuć, co one znaczą. Chcę je sam poczuć, nie chcę wiedzieć, co dokładnie znaczą. Myślę, że mogę więcej zrobić dla  cudzej muzyki, jeśli sam ją poczuję - a niekoniecznie muszę wiedzieć dokładnie. To samo dotyczy mojej muzyki - ważniejsze jest, żeby ludzie poczuli te teksty, i żeby poczuli, o co chodzi. Bo rock and roll to emocje, pierwotne odczucia, jest w tym coś religijnego. To coś jak Spotkanie Odnowy Duchowej na Czarnym Amerykańskim Południu, gdzie uczestnicy śpiewali, i wprowadzali się w trans. Z tego wywodzi się rock and roll - bo korzenie ma w Afryce. Rock and roll ma naturę rytuału. Nie wiem, czy rozumiemy dobrze, co z nami się dzieje, jakim chemicznym i psychicznym procesom podlegamy, ale wprowadza nas w stan transu. Odczuwanie tego i umiejętność wprowadzania innych ludzi w taki stan - to wspaniała ucieczka. To właśnie stanowi sedno sprawy dla mnie - to, że są chwilę gdy prawie zapominam o fizycznym bycie. Gdy oglądasz jakiś świetny zespół, lub słyszysz wspaniałą piosenkę to jest coś takiego, co niemal porywa twoją duszę i powoduje, że zapominasz, że stoisz na ziemi. Takie odczuwanie to jedyny powód, że wciąż robię to.

> Pozwolę sobie jednak spytać o jedną postać z Twoich piosenek. Kim jest Doraldine (z piosenki "Doraldine's Prophecies")?

Wróżką. Cygańską wróżką. Wymyśliłem ją. W starych Wesołych Miasteczkach bywają takie automaty, do których wrzucasz monetę. I ten automat to jest cygańska wróżka, która przepowiada twoją przyszłość.

Ale napisałem tę piosenkę, gdy byłem w szpitalu dawno temu i to jest bardziej o morfinie. Doraldina mówi: "Moja błyskotko, obudź mnie rano". Czyli ta błyskotka, to jest to, co budzi cię każdego ranka, to coś co trzyma cię przy życiu, pomaga ci wstać rano, czymkolwiek jest. To może być miłość, twój partner, pieniądze, narkotyki. W tamtym momencie to była morfina w szpitalu. Pielęgniarka przychodziła i podawała mi moją porcję i to pomagało mi obudzić się.  "Waking me up and laying me down" (Obudź mnie i połóż mnie spać) - to znaczyło, że to pomagało mi obudzić się, ale też zasnąć.  Mówiąc krótko - rozmawiasz w tej chwili ze świrem, który interesuje się narkotykami i religią, tak naprawdę. (śmiech) I to nic nowego, ludzie robią to od tysiącleci - szaleńcy muzycznej filozofii, religijnej filozofii kontynuują tradycję doświadczeń umysłowych i duchowych. Jaki jest cel - nie jestem pewien, bo im starszy jestem tym mniej wiem, tym bardziej mam wątpliwości.

> Wasza ostatnio wydana płyta, Flak'n'Flight, to już drugi krążek koncertowy w historii zespołu. Co ogólnie lubisz w płytach koncertowych?

Ogólnie mówiąc nie jestem wielkim fanem płyt koncertowych, ale wydaje mi się, że w naszym wypadku jest coś takiego, co robimy na koncertach, że warto to umieścić na płytach. Piosenki są trochę inne każdego wieczoru. Jest kilka płyt koncertowych, które szczególnie lubię, słuchałem ich bardzo dużo gdy byłem młodszy. Jedna z nich to "Humble Pie: Rocking the Filmore". Humble Pie to był angielski zespół bluesowy, był w nim Little Stivie Marriott, wokalista Small Faces, i to był też pierwszy zespół Petera Framptona. Zrobili niesamowitą płytę, która została nagrana w sali koncertowej Filmore East w Nowym Jorku. To była moja ulubiona płyta koncertowa, słuchałem jej chyba tysiąc razy.  Również stara płyta Yes, pod tytułem "Yessongs" - potrójny album, to też była moja ulubiona płyta. Chyba faktycznie słuchałem dużo nagrań koncertowych. Bardzo też lubię chodzić na koncerty.

Co oznacza tytuł płyty "Flak'n'Flight"?

"Flak" to jest określenie z języka militarnego, wojennego.  Gdy samoloty atakowane są strzałami z ziemi - pociski eksplodują dookoła nich.  Podczas drugiej wojny światowej niemiecka artyleria ostrzeliwała amerykańskie bombowce i to co działo się w powietrzu dookoła samolotów - wybuchy pocisków, które chybiły celu, to właśnie nazywano "flak". Również w potocznej angielszczyźnie to określenie  oznacza "beknąć za coś". Mówi się "I'm taking flak for that" Gdy zrobi się coś nie tak - musisz potem za to zapłacić...

A jak się to odnosi do waszych koncertów i płyty?

Wiesz, ten album powstał... po pierwsze tuż po 11 września, tydzień później, leciałem do Europy, miałem spotkania z dziennikarzami w Londynie, więc działo się to jakby w środku tego całego zamieszania. Poza tym wyjazd z chłopakami z Queens (of the Stone Age) też był bardzo napięty, oni byli ogromnie zajęci i cała trasa przebiegała w trudnych, pełnych stressów, warunkach. Ale była też bardzo udana. Więc ten tytuł odnosi się do tego, że dostajesz w tyłek ale nadal jesteś w stanie latać.

Jak to się stało, że zająłeś się produkcją muzyki innych zespołów?

To się stało z miłości. Faktycznie zaczęło się od zespołu Kyuss. A powód był prosty - nie chciałem, żeby ktoś inny popsuł ich muzykę. Może to zabrzmieć egotystycznie - ale mogło się to stać. Gdy pierwszy raz zobaczyliśmy Kyuss w 1990 roku, ciężka muzyka była całkiem inna. Metalika i Megadeath grały staccato, oddzielając dźwięki, całość była bardzo sztywna. Natomiast Kyuss pływał. Ich muzyka była wielka i tłusta, miała wielki tyłek i kołysała się powoli. Pozostali byli sztywni, sztuczni.  Podczas gdy Kyuss dawał potężnego kopa, ich muzyka była rozluźniona i pływająca. Mieli świetnego wokalistę, i ciężkie riffy na gitarach przestrojonych bardzo nisko.  To było piękne.  Gdy poszedłem z żoną zobaczyć ich koncert, mało kto słyszał o nich, więc było mało ludzi. Siedzieliśmy na środku sali, naprzeciw zespołu i nie mogliśmy uwierzyć, jak wspaniale grają. Po prostu zwariowaliśmy natychmiast. Po koncercie poszedłem do nich przedstawiłem się, cześć jestem Chris Goss,  Masters of Reality.  W tym momencie byliśmy dość znani w Los Angeles - to było niedługo po wydaniu pierwszej płyty więc było o nas dość głośno. Wiedzieli kim jestem. I zasugerowałem, że chcę być ich producentem, bo grają rewelacyjnie i to brzmienie powinno być utrwalone na taśmie. Tak zacząłem produkować płyty - chciałem mieć pewność, że jakiś producent nie zabierze się za nich i nie będzie próbował zmienić ich brzmienia na takie jak u Metaliki, że nikt nie każe im się nastroić prawidłowo i wprowadzić gładką strukturę piosenek. Bo ten improwizowany luz w muzyce Kyussa był piękny. Wszystko mogło się zdarzyć, w każdej chwili piosenka mogła się zmienić w improwizację, czuło się w tej muzyce napięcie i niebezpieczeństwo.  Całość była wspaniała i chciałem to utrwalić. I tak właśnie stało się, że zostałem producentem.

Czyli w przypadku Kyussa chodziło przede wszystkim o to, by uchwycić ich prawdziwe brzmienie?

Tak, i myślę, że "Blues for the Red Sun" i "Sky Valley" faktycznie to brzmienie utrwaliły. Robienie tych płyt to była wyjątkowa przyjemność.  A przeważnie te płyty, które z powstają w dobrej atmosferze są najlepsze.

> A co było inaczej przy"...and Circus Leaves Town" ? To jest moja ulubiona płyta Kyuss.

Naprawdę?

> To była pierwsza płyta Kyuss, którą miałam i bardzo, bardzo ją lubię.

Aaaa, to dlatego. W tym czasie ten zespół już rozpadał się. To było bardzo smutne. I chociaż to jest świetna płyta, przełamuje też sporo nowych barier - ale atmosfera w studio była już inna. To już nie byli ci sami czterej kolesie, którzy naprawdę cieszyli się, że są tam razem. To byli czterej kolesie, którzy po prostu tam byli i walczyli z końcem kapeli. I to było smutne, że tak się stało. Mam nadzieję, że nie zepsułem tej płyty dla ciebie.

> O nie, nie ma takiej możliwości....

Wiesz, to zabawne, podobnie jest z naszym pierwszym albumem, który nagrywaliśmy z Rickiem Rubinem.

Praca nad nią też nie była jakoś wyjątkowo przyjemna - a ludzie jednak bardzo ją lubią. Przepraszam, na sekundę, ale chyba mam drugi telefon... (......)

OK., I'm Back.  Chyba będziemy musieli za chwilę skończyć, bo następny wywiad...

> OK, to już szybciutko.

> Co myślisz o najnowszej płycie Queens of the Stone Age?

Myślę, że piosenki są znakomite, to jest bardzo poważna płyta, w sensie duchowym. Myślę, że za jakiś czas będzie uznana za arcydzieło.

> Jak twoja praca z Joshem i Nickiem  zmieniła się przez te wszystkie lata - znasz się z nimi od czasu gdy mieli po kilkanaście lat.

Wiesz co, nic się nie zmieniło. Jest tak jak było zawsze -  gramy improwizowane próby,  wyciągamy z tego riff i na tej podstawie powstaje piosenka. I tak samo zawsze pracowaliśmy. I gdy wchodzimy do studia - jest podobnie, zero napięcia. I to jest po prostu nasza praca. Rock to jest nasza praca i jesteśmy tam, żeby ją wykonać.

> Fajna praca, fajne życie, gdy się ma taką pracę (śmiech).

Zgadza się, to jest fajne życie.

> Powiedz mi jak to jest. Czytam o tych wszystkich zespołach - Queens of the Stone Age,  Masters of Reality, Mondo Generator, Dessert Sessions. Teraz okazuje się, że nagrywają też z Markiem Laneganem.  Jak to się dzieje, że to ci sami ludzie grają - i gdy nazwa się zmienia, to muzyka też?

Tak, to, prawda. Jestem producentem nowej płyty Marka Lanegana - będziemy kontynuować pracę nad nią gdy wróci z trasy z Queens...  Faktycznie, Josh i Nick grają na mojej płycie, na swojej płycie, na płycie Marka Lanegana. Grali na płycie Melissy Auf der Maur, którą niedawno robiłem. QOTSA są wszędzie. Udzielają się w projektach swoich kolegów i myślę, że mają szczęście, że mogą pracować z tyloma utalentowanymi ludźmi, ale również ludzie z którymi oni pracują - mają szczęście.

> A nie boisz się, że sukces ich zepsuje?

Wiesz, to zależy od nich samych. Mam nadzieję, że da im  trochę radości i poczucie bezpieczeństwa, choć przeważnie to przychodzi z innych miejsc, niż sukces w biznesie muzycznym.  Jest wielu ludzi, którzy sprzedają dużo płyt, a nie są bardzo szczęśliwi, pracowałem z takimi....

OK, ostatnie pytanie. Jakie masz plany odnośnie Masters of Reality?

Wiosną ma wyjść moja płyta w Europie. To będzie dziwniejsza strona Masters of Reality, więcej akustycznych dźwięków, skrzypce. To nie będzie ciężka płyta, może będzie ciężka jeśli chodzi o zawartość emocjonalną, ale nie muzycznie.  Zapraszają nas na trasę do Europy, mam nadzieję, że będzie na to czas. Bardzo chciałbym przyjechać do Polski, jeśli będziemy grać we wschodnich Niemczech - to już nie jest daleko.

> Dziękuję bardzo za to, że poświęciłeś nam swój czas.

Rozmawiała Jadźka Ryba

powrót
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Cafe

2006-11-09

ENEMEF: Kino Konesera

2012-05-14 - 2012-05-25

Bilety:: www.enemef.pl.

  Nasz telefon: 017 85 40 222
  Nasz GG: 2793577

Politechnika Rzeszowska

Polskie Rozgłośnie Akademickie
Politechnika Rzeszowska
Akademickie Radio i Telewizja Centrum

© 2006 Wszelkie prawa zastrzeżone
Wszystkie materiały prezentowane na stronach serwisu www.radiocentrum.pl (np. teksty, layout, grafiki, zdjęcia, logotypy, kod html/css etc.)
chronione są prawem autorskim. Ich nieautoryzowane wykorzystanie w jakikolwiek sposób jest karalne.