Dzień dobry! -

RNOH: Wywiady

20.11 '06 |

SYLWETKA I WYWIAD: MARK LANEGAN

Przeprowadzony osobiście 22 sierpnia 2004, między 16.30 a 17.15, w Berlinie. (opublikowany w BIM #03/2004)

Czy masz całą swoją dyskografię na kompaktach albo kasetach czy płytach?
Mark patrzy na mnie ze zdziwieniem: Czy osobiście ją posiadam? Nie, nie mam żadnej [płyty]. Tylko ostatnią mam na I-podzie. Ale nie mam nawet kompaktu.
A czy wiesz w takim razie, ile istnieje płyt z twoim udziałem?
Zamyśla się, więc dodaję:
Łącznie z singlami, składankami i płytami innych wykonawców, na których coś śpiewasz...
Po chwili mówi z wahaniem: Pewnie będzie blisko czterdzieści.
No, nie. Więcej.
Więcej?
Ja mam około pięćdziesiąt i jeszcze jakieś dziesięć mi brakuje.
Mark śmieje się: Aha, czyli jest tego więcej niż myślałem. 

Mark Lanegan nie musi sobie zawracać głowy archiwizowaniem swojej muzyki, bo tym zajmują się jego fani. Na nieautoryzowanej stronie www.onewhiskey.com można znaleźć prawie wszystko, co na jego temat napisano po angielsku, jak również szczegółową dyskografię, a także skrzętnie odnotowane wszystkie koncerty, które kiedykolwiek zagrał jako artysta solowy.  Choć jego płyty nie sprzedają się w milionowych nakładach – Mark dochował się sporej grupy wiernych fanów, którzy od lat śledzą jego poczynania i przy okazji każdej nowej płyty i trasy utwierdzają się w przekonaniu, że to oni mają rację – to jest najlepszy wokalista obecnie nagrywający. Inna rzecz, że bycie fanem Lanegana jest bardzo wdzięcznym zajęciem, bo jego muzyka wciąż się zmienia i zadziwia nowymi pomysłami.  Jak ktoś kiedyś trafnie zauważył: Mark Lanegan jest jak dobre wino, im starszy tym lepszy.
 
Siedzimy we foyer hotelu Crowne Plaza w Berlinie.  Mark Lanegan popija kolę i pogryza jakieś orzeszki chrupiąc niemiłosiernie. Dzięki temu paczka nieodłącznych papierosów leży nietknięta przez te 30 minut. Podobno ostatnio podczas wywiadów czasami gryzie zapałki, po to żeby nie palić. Bo tego jednego nałogu jakoś do tej pory nie potrafił się pozbyć.  Gdy mówi, jego chropowaty, niski głos chwilami osiąga częstotliwości podprogowe dla mojego ucha. Ale przynajmniej jest w niezłym humorze - a z tym to różnie bywa.

Mark występował w Berlinie kilkakrotnie z zespołem Screaming Trees, w tym  trzy razy przed zburzeniem muru.
Jak wspominasz to miasto z tamtych czasów?
Było całkiem inaczej. Była tu ta dziwna atmosfera, może w dużej mierze wynikało to z tego, ile miałem lat, ale wtedy za każdym razem gdy przyjeżdżałem była tu jedna wielka impreza. I to dziwne uczucie, że oto jesteśmy na jakiejś wyspie i nie ma co robić poza tym, żeby pójść na imprezę. Spotkałem tu wielu ludzi z przeróżnych miejsc. A w pewnym momencie, zanim zburzono mur, myślałem nawet, że się tu przeprowadzę. Ale potem już nie było to samo.
No tak, chyba jednak historia, miejsce i czas wychowują nas inaczej. Gdy widziałam w telewizji jak rozwalają mur – beczałam jak małe dziecko. Z radości. A dla niego – jakoś tam pokrętnie, ten fakt był w pewnym sensie negatywny.  A w takim razie ciekawe, co myśli o „miłościwie” panującym w Białym Domu prezydencie. Wprost nie ośmielam się zapytać, ale może owiniemy w bawełnę...

Ukazało się ostatnio sporo składanek anty-Bushowych. Co myślisz o takim politycznym zaangażowaniu muzyków rockowych?
Myślę, że w tym przypadku to jest bardzo dobre.  Ja sam nie angażuję się w sprawy polityczne. Kocham mój kraj ale nie kocham mojego obecnego rządu i bardzo wielu moich znajomych myśli tak samo. Więc jeśli można w jakiś sposób zadziałać, to należy to zrobić.
A czy myślisz, że muzyka ma na tyle siły, żeby wpłynąć na opinię tak wielu osób?
Myślę, że wszystko zaczyna się od jednej osoby. Łatwo jest powiedzieć „Och, ja  nie mogę nic zrobić. Jestem tylko jedną osobą, co ja mogę?” Jeśli wszyscy tak by myśleli,  nic by się nie zmieniało. A jeśli popatrzymy na najnowszą historię, ostatni wiek, nawet ten kraj, w którym właśnie jesteśmy. Jeśli ludzie nie zareagują, straszliwe rzeczy mogą się zdarzyć.  Dlatego myślę, że mówienie „Jestem sam, cóż ja mogę zrobić?”  to tchórzostwo. Myślę, że każdy może coś zdziałać, jeśli ma na tyle odwagi..
I tu Mark wie, co mówi.  Dwadzieścia lat temu, jeszcze jako mieszkaniec zapyziałego miasteczka Ellensburg w stanie Washington nie miał zbyt fajnych perspektyw na przyszłość. Na pewno nie myślał, że zanim skończy czterdziestkę będzie porównywany do Leonarda Cohena, a nawet przez niektórych mianowany następcą Johnny Casha.  W jakimś wywiadzie, dawno temu opowiadał, że gdy pracował dorywczo na stacji benzynowej zobaczył na parkingu ekipę cyrku wędrownego.  Chciał do nich dołączyć i uciec z nimi z tego zadupia, ale nie udało mu się, bo musiałby się ostrzyc, a tego nie chciał.  Jedyne perspektywy dla młodych ludzi w tamtych okolicach to – zostać sportowcem (ale Lanegan po pijaku złamał nogę i tym sposobem skończyła się jego kariera w koszykówce), albo drwalem, albo degeneratem.  No i jest jeszcze droga, która przez przypadek trafiła się Markowi – śpiewanie w zespole rock and rollowym. Początki Screaming Trees też nie były usłane różami. Podczas pierwszej próby Lanegan zasiadł za perkusją – ale szło mu fatalnie, więc koledzy kazali mu śpiewać. Tyle, że na początku nie bardzo potrafił wymyślać piosenki. Autorem większości był gitarzysta, Gary Lee Conner.
Jak to się stało, że zacząłeś jednak sam pisać piosenki?
Wiesz, musiałem śpiewać te teksty, które w dużej części nie bardzo mi się podobały. Więc zacząłem pisać z konieczności. Niezręcznie się czułem śpiewając słowa, które do mnie nie pasowały, więc zacząłem pisać, żeby siebie zadowolić  i żeby lepiej czuć teksty, które śpiewam.

Czytając ostatnie wywiady z Markiem trudno byłoby posądzić go o sentymentalizm związany z przeszłością.  Nie daje się namówić na wspomnienia kombatanckie z czasów flanelowej (przepraszam: grunge’owej) rewolucji, ale chyba jednak dla swojego dawnego zespołu zachował trochę cieplejszych uczuć, bo wyraźnie ożywia się, gdy zadaję koleje pytanie.
Chodzą jakieś pogłoski o mających ukazać się dwóch płytach Screaming Trees.  Co to takiego?
Tak, właśnie wczoraj zakończyliśmy pracę nad jedną z nich. Ukaże się w wytwórni  Sony i będzie zatytułowana „Ocean of Confusion – Songs of the Screaming Trees”. To jest jakby antologia – od 1989 roku do 96. Będzie na niej chyba 19 albo 20 utworów. Kilka nigdy wcześniej nie publikowanych kawałków z płyty, którą nagraliśmy między Sweet Oblivion i Dust. No i jest jeszcze druga płyta, którą kolega i ja chcemy wydać w naszej własnej wytwórni. Są to piosenki, które nagraliśmy już po płycie Dust na kolejny album – a ten nigdy się nie ukazał. Zobaczymy, co z tego wyniknie. To są te dwie rzeczy. Płyta w Sony ma ukazać się na początku przyszłego roku.

Niestety nie będzie na tym krążku kilku nagrań, które ukazały się tylko na singlach i już od dawna  są absolutnie nie osiągalne. Drzewka nagrały też dwupłytowy album pod koniec lat 80. ale muzycy byli niezadowoleni z ostatecznego efektu, odłożyli materiał na półkę i nigdy nie wykorzystali żadnej z tych piosenek. Albo nagrania dokonane też pod koniec lat 80. przez zespół o roboczej nazwie The Jury. W jego składzie, oprócz Lanegana byli: Kurt Cobain, Chris Novoselic (Nirvana, jeszcze przed Wielkim Uderzeniem), oraz Mark Pickerel (pierwszy perkusista Screaming Trees). Z założenia miała to być kapelka bluesowa – takie sobie granie na boku dla przyjemności. Jedyny opublikowany ślad to piosenka „Where Did You Sleep Last Night”, która znalazła się na pierwszej solowej płycie Marka Lanegana.
Czy istnieją jeszcze jakieś inne nagrania z tego czasu?
Tak, mówiłem to już wiele razy, istnieją. Ale nie mam pojęcia, gdzie mogą być. Prawdopodobnie Sub Pop powinien coś na ich temat wiedzieć.
Gdyby pozbierać te wszystkie zaginione, odłożone na półkę nagrania – dyskografia Marka wzbogaciłaby się jeszcze o sporo pozycji. Ale, niestety – a może na szczęście – mamy do czynienia z perfekcjonistą.  A poza tym – i tak  nie mamy na co narzekać. W ostatnich latach Mark wydaje się nadrabiać czas, który przeleciał mu między palcami, gdy „branie” było jedynym ważnym zajęciem.  Po przeniesieniu się z Seattle do Los Angeles na dobre zakolegował się z muzykami z pustyni południowo-kalifornijskiej, a szczególnie z zespołem Queens of the Stone Age. Dołożył swoje pięć groszy na dwóch albumach tej kapelki, a na Songs for the Deaf figurował nawet  w spisie wykonawców jako pełnoprawny członek zespołu, a nie tylko jeden z wielu gości.  Podczas występów Queens wychodził na scenę w połowie koncertu, żeby zaśpiewać swoje trzy numery i znikał. Niektórzy widzowie, słabiej wtajemniczeni w skomplikowany temat „kto jest kto” w QOTSA zastanawiali się, co to za zjawa. Sporo też było takich, którzy przy tej okazji odkryli solową muzykę pana Lanegana. A swoją drogą – fajna musi być taka praca. Wożą cię po całym świecie i jedyne, co musisz zrobić to pośpiewać przez 15 minut każdego wieczora.
W jaki sposób bycie częścią projektu Queens of the Stone Age było dla ciebie inne niż bycie w Screaming Trees?
To było coś całkiem innego. Przede wszystkim w tym zespole mam tylko niewielki udział, jestem tylko kolaborantem, a nie najważniejszym człowiekiem w zespole.  Nie mam żadnej odpowiedzialności, robię to dla przyjemności, a nie dlatego, że muszę.

W lutym tego roku ogłoszono, że Mark odchodzi od QOTSA, aby skoncentrować się na solowej działalności. W tym samym czasie basista Nick Olivieri został wykopsany z zespołu (za złe zachowanie) i teraz kontynuuje działalność muzyczną ze swoim własnym Mondo Generator, a także nagrywa solową płytę. Natomiast Josh Homme z różnymi muzykami pracuje nad kolejnym albumem pod szyldem QOTSA.
Czy będziesz jeszcze coś robić z Joshem i Nickiem?
Tak, cały czas coś robię. Jestem na ich nowych płytach.
Skoro mówimy o QOTSA to muszę wyznać, że te trzy utwory, które śpiewasz na Songs for the Deaf należą do moich najmniej ulubionych w całej twojej dyskografii, a także na tej płycie. Przyszło mi kiedyś do głowy, że może chodzi o to, że to nie są 100% twoje piosenki, bo nie ty je napisałeś. Czy ty sam odczuwasz różnicę gdy śpiewasz teksty napisane przez innych ludzi i gdy pracujesz nad własnymi utworami?
Nie. Staram się dojść do sedna utworu, niezależnie od tego, co to jest. I wiesz, to właśnie jest piękno muzyki, że to, co dla ciebie jest najmniej ulubione, dla kogoś innego może być właśnie najlepsze. To jest bardzo osobista sprawa. Dla mnie, gdy śpiewam jakąś piosenkę, staram się dotrzeć do tego miejsca, niezależnie od tego, kto napisał słowa. I to jest jedna ze spraw, które podobają mi się w mojej współpracy z Queens’ami. Często słowa, które ja napisałem śpiewa ktoś inny i piosenki, które ja śpiewam – nie ja napisałem. I to właśnie jest fajne. Tak było na przykład z piosenką „No One Knows”. Nie ma mnie w tym utworze, ale napisałem sporą część tekstu. To jest po prostu inny styl pracy i dzięki temu nadal jest to ciekawe zajęcie dla mnie. Prawie zawsze wolę robić coś czego jeszcze nie popróbowałem niż powtarzać tę samą sprawę w kółko, bo to byłoby nudne.

To ostatnie zdanie wyjaśnia po trosze, skąd taka różnorodność w twórczości Marka Lanegana. Jeszcze rzut oka na listę wykonawców, których piosenki nagrywał po swojemu przy różnych okazjach - pewnie można doszukać się tu inspiracji: Willie Nelson, Charlie Rich, Bobby Bland, a także Tim Buckley, a z drugiej strony The Gun Club, Velvet Underground, Jimi Hendrix, Cream, The Kinks, The Sonics a ostatnio nawet Captain Beefheart. Czyli szwarc-mydło-i-powidło.  Na siedmiu solowych płytach można usłyszeć zarówno piosenki zbliżone do rockowych jak i nastrojowe ballady, bardziej w tradycji folka, czy bluesa. Zdarzają się prościutkie, jakby nie całkiem dokończone pioseneczki – trzy akordy na gitarze i delikatne szuranie na perkusji. Inne –  przedłużone rozbudowaną improwizacją instrumentalną.  Podstawowy zestaw, czyli gitary wszelkiego rodzaju i perkusja, a dodatkowo brzmienie wzbogacają tu i ówdzie skrzypce, albo saksofon, albo jakiś instrument klawiszowy.  Ale tak naprawdę rządzi tu głos Marka Lanegana – głęboki, chwilami mocno zachrypnięty, chwilami prawie aksamitny. I zawsze pełen prawdziwych emocji, którymi wypełnia melodie i mroczne wyznania zawarte w tekstach. 

Naturalnie Mark nie tworzy tych płyt całkiem sam. 
Przed wywiadem porobiłam małe obliczenia statystyczne i wyszło mi,  że na twoich płytach solowych grało aż 67 osób. Dlaczego nie trzymasz się jednej grupy ludzi?
Bo to już przerabiałem. Zacząłem nagrywać te płyty, żeby odreagować fakt bycia w zespole, gdzie  zawsze te same cztery osoby pracują nad płytą. Chciałem, żeby każdy z moich znajomych mógł wejść i zagrać na mojej płycie, tak, abym miał z tego frajdę i żebym mógł czerpać przyjemność z procesu [nagrywania], żeby to było coś bardziej luźnego, bardziej jak zabawa, a nie praca. [Nagrywanie] Ze Screaming Trees to nigdy nie była przyjemność, tylko ciężka praca, zawsze ci sami czterej goście, kłócący się, poważni. Ja już tak nie lubię pracować, więc tak nie robię. Nie nagrywam już płyt w taki sposób. Nie muszę.
Na płycie Bubblegum gościnnie występują muzycy, którzy, przynajmniej dla niektórych ludzi, są bardziej znani niż ty. Czy nie obawiasz się takiej sytuacji, że ktoś, kto nie zna twojej muzyki sięgnie po ten album dlatego, że są na nim muzycy z QOTSA czy Guns’N’Roses i będzie się spodziewał, że usłyszy coś w stylu tych zespołów?
Nie zastanawiam się nad tym, czego ktoś może się spodziewać. To jest ich sprawa. Jeśli o mnie chodzi mogą sobie wskoczyć na drzewo. To ich problem, a nie mój.
Wielbiciele P.J.Harvey raczej takiego problemu nie będą mieli. Chociaż dwie piosenki, w których śpiewa z Markiem nie są stylistycznie podobne do jej własnej muzyki, ale chyba nikt nie oprze się urokowi tego duetu.
Czy myślisz, że będziesz kiedyś jeszcze współpracował z Polly Harvey?
Nie mam żadnych planów w tej chwili, ale ogólnie nie lubię myśleć o tym, co będę robić aż przyjdzie właściwy moment, żeby zrobić to co trzeba. Bardzo chciałbym, ale po prostu nie planuję niczego, tak jak nie mam planów co do pracy z kimkolwiek innym. Przejdę przez ten most, gdy do niego dojdę.
No cóż, nam pozostaje więc cierpliwie czekać na kolejne pomysły  Marka. A inna rzecz – trochę zazdroszczę tym, którzy dopiero będą odkrywać jego muzykę.

Dyskografia (podstawowa):
Winding Sheet – 1989 Sub Pop
Whiskey for the Holy Ghost – 1993 Sub Pop
Scraps at Midnight – 1998 Sub Pop/ Beggars Banquet
I’ll Take Care of You – 1999 Sub Pop/ Beggars Banquet
Field Songs – 2000 Sub Pop/ Beggars Banquet
Here Comes That Weird Chill – 2003 Beggars Banquet
Bubblegum – 2004 Beggars Banquet

RECEZJE
wybór i tłumaczenie: Jadwiga Ryba

Scraps at Midnight
1998 Sub Pop/ Beggars Banquet (Aloysious Peabody, Allstar.com)

Świeżo po odwyku, wokalista Screaming Trees w niespełna miesiąc nagrał swój trzeci solowy album. W większości przypadków to jest całkiem normalne, szczególnie wśród nagrywających dla wytwórni niezależnych, ale dawniej Lanegan– chorobliwie dbały o szczegóły i wiecznie nie usatysfakcjonowany - pracował w ślimaczym tempie.  Wyrzucił co najmniej dwa ukończone albumy w ostatniej dekadzie. Podobnie jak  poprzednie płyty (The Winding Sheet z 1989 roku i Whiskey for the Holy Ghost z 1993) Scraps at Midnight to płyta surowa, oszczędna gdzie głęboki, mroczny głos Lanegana współgra z delikatnymi dźwiękami gitary Mike Johnson’a, byłego basisty Dinosaur Jr. Do tego starannie dobrano dźwięki kilku innych instrumentów.  Główna różnica polega na tym, że teraz o północy, nareszcie, Lanegan rozważa pójście spać i obudzenie się następnego ranka i to co, można zrobić dalej. „Życie nie jest ciężkie, jest tylko nie łatwe”, śpiewa w piosence „Stay” i wydaje się, że mimo całej prostoty tego stwierdzenia – wiedza ukryta w nim jest efektem ogromnie trudnej lekcji.
Lanegan, który jest osobą bardzo zamkniętą w sobie, nie potrafi powstrzymać się od śpiewania do i o samotności. Robi to swoim zdumiewającym i poruszającym głosem, potrafi wpleść przeróżne emocje w jedną prostą frazę, a potem spokojnie odejść na bok. (...) Archetyp silnego i spokojnego gatunku. Ale z wyjątkiem otwierającego płytę utworu „Hospital Roll Call”, na Scraps [at Midnight] nie znajdziemy desperacji takiej jak na Whiskey; zamiast tego mamy gorzkie rozważania nad tym, jak prowadzić życie, którego już nie spodziewaliśmy się przeżyć.  Rozmyślania zamiast wycia z rozpaczy - to i tak już jest postęp.  Dzięki temu płyta jest zaskakująco  dojrzała i w przedziwny sposób pewna siebie. Daje też obietnicę, że otrzymamy jeszcze więcej. Można znaleźć tu nawet odrobinę słońca w najlepszym utworze, „Wheels” - głos Lanegana ocierając się delikatnie o dźwięki saksofonu śpiewa: „Hej, jestem tu, jeszcze się trzymam. Witaj”.

I’ll Take Care of You
1999 Sub Pop/ Beggars Banquet (Jason Ferguson, MTV.com)

Gdy muzyk decyduje się wypełnić cały album przeróbkami utworów innych artystów, to zazwyczaj sugeruje, że mogło nastąpić poważne zwyrodnienie źródeł twórczego natchnienia. I choć to faktycznie może być prawda, to co z tego? W końcu nikt naprawdę nie zwracał uwagi na solową karierę byłego wokalisty Screaming Trees, więc dlaczego ktokolwiek miałby się teraz przejąć? Dlaczego ktokolwiek miałby się zastanawiać nad tym, że po trzech coraz bardziej dołujących albumach solowych, które prezentowały wybitny talent Lanegana jako autora prawdziwych ballad w tradycji amerykańskiej – teraz zdecydował się zrobić po swojemu kilkanaście piosenek innych ludzi? Dlaczego ktokolwiek miałby się przejąć tym, że teraz jego zachrypnięty, pełny emocji głos wydobywa ukryte piękno z utworów innych amerykańskich twórców?  No cóż, jest tylko jeden powód: taki, że Mark Lanegan (...)jest jednym z najbardziej poruszających wokalistów. Niezależnie od tego, czy wykonuje piosenkę The Leaving Trains, czy Jeffrey’a Lee Pierce’a, czy  O. V. Wright’a czy Tima Hardina – Lanegan wchodzi swoim przepalonym, zachrypniętym i wzruszającym śpiewaniem głęboko do samego sedna każdej piosenki. I nie ważne, czy jest to utwór country, czy R&B, czy folk, czy post punk. Mark Lanegan po swojemu otacza  je wszystkie baśniowym okryciem, co powoduje, że brzmią jakby sam je napisał. A przede wszystkim, jeśli ktokolwiek może spowodować, że utwór śpiewany oryginalnie przez Falling James’a zabrzmi jak dzieło istotne – to jest to Mark Lanegan.  Delikatny podkład instrumentalny (zazwyczaj jedynie gitara i subtelna perkusja, choć w niektórych utworach pobrzmiewają również urokliwe dźwięki organów) w centrum uwagi jest tu głos Lanegana oraz piosenki, które śpiewa. I niezależnie od tego, czy oryginalnie była to mroczna opowieść („Carry Home” zespołu Gun Club) czy kawałek, w którym można odnaleźć cień nadziei („Consider Me”), Lanegan wydobywa z nich wspólną nić tęsknoty i smutku. A więc: tak, I’ll Take Care of You to jest album z przeróbkami utworów innych artystów. Ale przede wszystkim jest to album Marka Lanegana i stanowi mroczną, wciągającą i bardzo osobistą podróż. A więc: nie, twórcze natchnienie nie znikło. I jeszcze: tak, powinno cię to zainteresować.

Field Songs
 2001 Sub Pop/ Beggars Banquet (Rob Devlin, Brainwashed)

Były wokalista Screaming Trees powraca ze swoim piątym solowym albumem, który bije na łeb wszystko, co było wcześniej. Tym razem głównym wspólnikiem Lanegana jest dawny basista Soundgarden, Ben Shepherd, czyli mamy jakby „Powrót Mistrzów Grunge’u”. Na szczęście nie ma to odzwierciedlenia w piosenkach. Poza tym Shepherd nie zbliża się zbyt często do mikrofonu, co robił w zespole Hater i w jednej piosence na albumie Superunknown zespołu Soundgarden – każda okazja jest dobra, żeby o tym przypomnieć. Piosenki są posępne, nastrojowe i – ośmielę się stwierdzić – trochę Cohen’owe, co w moim odczuciu zawsze jest dobre. A wszystko to za sprawą głosu. Niedawno Mark Arm [Mudhoney] stwierdził, że zgodziłby się chętnie na taką akcję, żeby zespół chirurgów przytrzymał Lanegana na tyle długo, żeby mogli wykonać przeszczep gardła i żeby to on właśnie był beneficjentem. To jest znamienne stwierdzenie jako, że Lanegan z łatwością mógłby obudzić zmarłych, jak również czarować damy swoim chropowatym, demonicznym nawoływaniem. Sumując – płyta stanowi zadziwiający zwrot twórczy u Lanegana – piosenki, teksty i melodie są zachwycające. Jedyny powód do narzekania, jaki potrafię znaleźć to też jest w pewnym sensie delikatny ukłon: w przypadku tego albumu istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że źle zrozumiesz fragmenty tekstów. Ale, czyż nie jest tak, że to najlepsi artyści są zawsze opacznie rozumiani? (...) I czy to umniejsza  w jakikolwiek sposób potęgę tego zbiorku? W żadnym wypadku. Ten krążek to najnowsze wydawnictwo wśród wielu płyt podobnych artystów, którzy porzucają swoje brzmienie dla bardziej stonowanego, o mrocznym zabarwieniu. Tyle, że Lanegan od początku to robił. Tym razem jest oczywiste, że on może być tylko coraz lepszy.

Here Comes That Weird Chill
2003 Beggars Banquet (Jennifer Maerz, The Stranger)

Here Comes That Weird Chill to zajawka poprzedzająca następny pełny album Lanegana (...), zawiera kilka utworów, które nie weszły na płytę (w tym jednego covera Captaina Beefhearta). Tak jak w przypadku poprzednich wydawnictw, mamy tu zarówno spokojne, zadumane ballady, np. prowadzoną przez pianino„Lexington Slow Down” oraz głośniejsze, ostrzejsze rockowe piosenki, np. „Methamphetamene Blues” z potężną industrialną maszynerią. Zawsze chętny do współpracy, Lanegan zaprosił do udziału między innymi Josha Homme’a i Nicka Olivieri z QOTSA, Grega Dulli z Afghan Whigs i Deana Weena z zespołu Ween (...). Jedna osoba, której brakuje w tym zestawie to Mike Johnson, który od samego początku był współtwórcą muzyki solowej Lanegana. Mark po prostu stwierdza, że Johnson jest nieobecny bo „zdecydował, że nie chce grać na tym albumie”, ale mówi też, że zmienił nazwę projektu z „Mark Lanegan” na „Mark Lanegan Band” z tego powodu. „Poprzednie płyty były też w dużym stopniu płytami Mike’a Johnsona, przynajmniej w moim odczuciu”, stwierdza, „Nie wiem, czy on powiedziałby to samo”. Zmiana nazwy ma odróżnić tamte płyty i cokolwiek zdarzy się po nich.
Jeśli Here Comes That Weird Chill stanowi jakąś wskazówkę, to  przyszłość może przynieść więcej złowieszczych opowieści na temat strzykawek i odniesionych urazów.  Opisuje drogę do śmierci mieszanką beznamiętnych relacji („Skeletal History”) i tęsknego żalu („Wish You Well” – najlepszy kawałek na tym maxi singlu). Jednakże twórczość Lanegana jest niejednoznaczna  - nawet gdy słowa opisują człowieka złamanego, zawsze w jego sposobie śpiewania jest siła i pewność. Ten piękny zestaw elementów sprzecznych ze sobą sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z człowiekiem ze stali i jednocześnie zagubioną, zranioną duszą. W każdym przypadku –  on jest tym, który zawsze pokona przeciwności.

Bubblegum
2004 Beggars Banquet (James Jam, New Musical Express)

Na początek jest coś, co powinniście wiedzieć na temat Marka Lanegana, amerykańskiego człowieka renesansu muzyki tradycyjnej. Dawny leader niedocenionych zadymiarzy grunge’owych, Screaming Trees,  chwilowy wokalista Queens of the Stone Age a także (...) trubadur rockowy mający na swoim koncie kilka znakomicie przyjętych płyt solowych, Lanegan jest właścicielem najlepszego głosu wśród rockowych wokalistów swojego pokolenia. Jest to chropowaty baryton, podrasowany przez Marlboro, wytrawiony przez whiskey.  Ale to co potwierdza ten wysoki status to jest sposób, w jaki Lanegan wydobywa cierpienie nasączone melancholią z każdej szczeliny języka angielskiego i powoduje, że każda niewyraźnie rzucona sylaba brzmi jak nikczemna prośba późną nocą.

Lanegan posiada głos, który może straszyć dzieci, ale też przynieść pocieszenie w najcięższej chwili. Głos, który potrafi zedrzeć dekoracje, ale również zaczarować ptaki na niebie. To jest różnorodność, to jest Głos.

Tak więc Bubblegum to jego pierwsze ostrożne wyjście w światła reflektorów od czasu, gdy sprawy u Queens tak fatalnie się pokomplikowały na początku tego roku. Ta płyta wypełniona jest tak szeroką gamą emocjonalnych odcieni, że wydaje się być specjalnie skrojona na miarę tak, aby pokazać wszystkie możliwości potężnego, zmęczonego tym światem śpiewu Lanegana. Prezentuje ona najlepszy zbiór piosenek, jakie Lanegan napisał w swojej długiej i krętej karierze. A także gościnny udział kilku osób, które poproszone zostały o pomoc. Koledzy z QOTSA, Josh Homme i Nick Olivieri pojawiają się w wielu miejscach, P.J. Harvey dodaje zachwycająco dźwięczny głos w „Hit the City” i „Come to Me”, natomiast Izzy Stradlin i Duff MacKagan, dawniej popisujący się w Guns’N’Roses, odkupują część grzechów popełnionych w czasach gwiazdorstwa dodając zadumaną przestrzeń w piosence „Strange Religion”. Bez wątpienia jednak to jest płyta Marka Lanegana, utkana ze smutnych, bardzo smutnych piosenek i sprawia wrażenie jakby była (...) cmentarzyskiem utraconej miłości i krnąbrnej narkotycznej rozpaczy.

To jest album na którym Lanegan staje twarzą w twarz z demonami i wykańcza je swoim gardłowym chrypieniem. I jakoś tak, pomiędzy tym wszystkim, triumfalnie robi wyjątkowo piękny album.

Płyta Bubblegum jest odważna, a jednocześnie bezbronna, tak jak ranny lew. „When Your Number Isn’t Up” otwiera całość i brzmi tak, że Johnny Cash byłby szczęśliwy gdyby napisał tę piosenkę na koniec swojego szlachetnego pobytu na planecie Ziemi. Natomiast w „Hit the City” słyszymy jak Lanegan i Harvey szykują się, aby wzniecić życiodajną zadymę w miejscowej spelunce. Potem jest „One Hundred Days” – bolesne wyznanie i chyba najlepsza piosenka, jaką Lanegan do tej pory napisał. Króciutka, niespełna półtorej minutowa piosenka „Bombed” to próbka nieskażonego piękna, duet o zapachu płatków róży w wykonaniu Wendy Rae Fowler i Lanegana, który tutaj brzmi jakby dopiero co się obudził. Natomiast „Methamphitamine Blues” to utwór, który od 40 lat chodzi po głowie Kitha Richardsa.  Harvey powraca w utworze „Come to Me”, który jest częściowo sadystyczną kołysanką, a częściowo miłosną piosenką o smaku alkoholu, poplamiona słonymi łzami i strużkami słodkawej krwi. Jest to najbardziej sexowna piosenka miłosna jaką napisano po „Let’s Get It On”. Za to „Wedding Dress” jest najbardziej niepokojącą balladą od czasu, gdy Nick Cave schował swoją kolekcję noży.

To są piosenki, które wędrują po drodze oznakowanej napisem „Zapomnienie”, ale Lanegan, który przetrwał kataklizmy w prawdziwie amerykańskim stylu, przypala papierosa i uśmiecha się krzywo, wiedząc jakie to wszystko jest głupie i śmieszne. Jest człowiekiem, który potrafi walczyć z egzystencjalnymi okropnościami życia, z udręką miłości i jej końca. Potrafi traktować to wszystko jako niezbędne przystanie, które należy odwiedzić w trakcie podróży zwanej życiem. Lanegan potrafi sprawić, że wszystkie te doświadczenia brzmią jak przygoda, która brew wszelkim przeszkodom jest radosna, cenna i święta. Brzmi jak niepokonany, nieśmiertelny i niezniszczalny.
Jest jeszcze coś, co powinniście wiedzieć. Mark Lanegan jest typem bezkompromisowego punkowca, o twarzy pokrytej zmarszczkami i o kiepskiej karnacji. Mógłby stanowić centralną postać koszmarnego snu szefa działu promocji jakiejś wielkiej wytwórni. A dla stylisty stanowi przypadek beznadziejny. Jest przeciwieństwem taśmy produkcyjnej opakowań jednorazowego użytku o nazwie „Pop Idol”, która zagraża wielkiej rockowej indywidualności. Jest prawdą i światłem, jest nie polerowanym diamentem i wszystko to sprawia, że ten rock and rollowy słowik jest tak zniewalający.

Zapis całej rozmowy w języku angielskim dostępny jest tutaj:

www.onewhiskey.com/articles/jadwigainterview04.htm

Jadwiga Ryba

powrót
Autor Komentarz
~TfPjUKyfkU
2011-11-09 14:24:32
Re: SYLWETKA I WYWIAD: MARK LANEGAN
You've got it in one. Couldn't have put it bteter.

Jazz-Rockowa Płytoteka

2006-11-09

Trio Andrzeja Jagodzińskiego

2012-02-13

Bilety:: 30 PLN

  Nasz telefon: 017 85 40 222
  Nasz GG: 2793577

Politechnika Rzeszowska

Polskie Rozgłośnie Akademickie
Politechnika Rzeszowska
Akademickie Radio i Telewizja Centrum

© 2006 Wszelkie prawa zastrzeżone
Wszystkie materiały prezentowane na stronach serwisu www.radiocentrum.pl (np. teksty, layout, grafiki, zdjęcia, logotypy, kod html/css etc.)
chronione są prawem autorskim. Ich nieautoryzowane wykorzystanie w jakikolwiek sposób jest karalne.