|
Dzień dobry!
-
|
|
|
RNOH: Wywiady
20.11
'06
|
SYLWETKA I WYWIAD: MARK LANEGANPrzeprowadzony osobiście 22 sierpnia 2004, między 16.30 a 17.15, w Berlinie. (opublikowany w BIM #03/2004) Czy masz całą swoją dyskografię na kompaktach albo kasetach czy płytach? Mark Lanegan nie musi sobie zawracać głowy archiwizowaniem swojej muzyki, bo tym zajmują się jego fani. Na nieautoryzowanej stronie www.onewhiskey.com można znaleźć prawie wszystko, co na jego temat napisano po angielsku, jak również szczegółową dyskografię, a także skrzętnie odnotowane wszystkie koncerty, które kiedykolwiek zagrał jako artysta solowy. Choć jego płyty nie sprzedają się w milionowych nakładach – Mark dochował się sporej grupy wiernych fanów, którzy od lat śledzą jego poczynania i przy okazji każdej nowej płyty i trasy utwierdzają się w przekonaniu, że to oni mają rację – to jest najlepszy wokalista obecnie nagrywający. Inna rzecz, że bycie fanem Lanegana jest bardzo wdzięcznym zajęciem, bo jego muzyka wciąż się zmienia i zadziwia nowymi pomysłami. Jak ktoś kiedyś trafnie zauważył: Mark Lanegan jest jak dobre wino, im starszy tym lepszy. Mark występował w Berlinie kilkakrotnie z zespołem Screaming Trees, w tym trzy razy przed zburzeniem muru. Ukazało się ostatnio sporo składanek anty-Bushowych. Co myślisz o takim politycznym zaangażowaniu muzyków rockowych? Czytając ostatnie wywiady z Markiem trudno byłoby posądzić go o sentymentalizm związany z przeszłością. Nie daje się namówić na wspomnienia kombatanckie z czasów flanelowej (przepraszam: grunge’owej) rewolucji, ale chyba jednak dla swojego dawnego zespołu zachował trochę cieplejszych uczuć, bo wyraźnie ożywia się, gdy zadaję koleje pytanie. Niestety nie będzie na tym krążku kilku nagrań, które ukazały się tylko na singlach i już od dawna są absolutnie nie osiągalne. Drzewka nagrały też dwupłytowy album pod koniec lat 80. ale muzycy byli niezadowoleni z ostatecznego efektu, odłożyli materiał na półkę i nigdy nie wykorzystali żadnej z tych piosenek. Albo nagrania dokonane też pod koniec lat 80. przez zespół o roboczej nazwie The Jury. W jego składzie, oprócz Lanegana byli: Kurt Cobain, Chris Novoselic (Nirvana, jeszcze przed Wielkim Uderzeniem), oraz Mark Pickerel (pierwszy perkusista Screaming Trees). Z założenia miała to być kapelka bluesowa – takie sobie granie na boku dla przyjemności. Jedyny opublikowany ślad to piosenka „Where Did You Sleep Last Night”, która znalazła się na pierwszej solowej płycie Marka Lanegana. W lutym tego roku ogłoszono, że Mark odchodzi od QOTSA, aby skoncentrować się na solowej działalności. W tym samym czasie basista Nick Olivieri został wykopsany z zespołu (za złe zachowanie) i teraz kontynuuje działalność muzyczną ze swoim własnym Mondo Generator, a także nagrywa solową płytę. Natomiast Josh Homme z różnymi muzykami pracuje nad kolejnym albumem pod szyldem QOTSA. To ostatnie zdanie wyjaśnia po trosze, skąd taka różnorodność w twórczości Marka Lanegana. Jeszcze rzut oka na listę wykonawców, których piosenki nagrywał po swojemu przy różnych okazjach - pewnie można doszukać się tu inspiracji: Willie Nelson, Charlie Rich, Bobby Bland, a także Tim Buckley, a z drugiej strony The Gun Club, Velvet Underground, Jimi Hendrix, Cream, The Kinks, The Sonics a ostatnio nawet Captain Beefheart. Czyli szwarc-mydło-i-powidło. Na siedmiu solowych płytach można usłyszeć zarówno piosenki zbliżone do rockowych jak i nastrojowe ballady, bardziej w tradycji folka, czy bluesa. Zdarzają się prościutkie, jakby nie całkiem dokończone pioseneczki – trzy akordy na gitarze i delikatne szuranie na perkusji. Inne – przedłużone rozbudowaną improwizacją instrumentalną. Podstawowy zestaw, czyli gitary wszelkiego rodzaju i perkusja, a dodatkowo brzmienie wzbogacają tu i ówdzie skrzypce, albo saksofon, albo jakiś instrument klawiszowy. Ale tak naprawdę rządzi tu głos Marka Lanegana – głęboki, chwilami mocno zachrypnięty, chwilami prawie aksamitny. I zawsze pełen prawdziwych emocji, którymi wypełnia melodie i mroczne wyznania zawarte w tekstach. Naturalnie Mark nie tworzy tych płyt całkiem sam. Dyskografia (podstawowa): RECEZJE Scraps at Midnight Świeżo po odwyku, wokalista Screaming Trees w niespełna miesiąc nagrał swój trzeci solowy album. W większości przypadków to jest całkiem normalne, szczególnie wśród nagrywających dla wytwórni niezależnych, ale dawniej Lanegan– chorobliwie dbały o szczegóły i wiecznie nie usatysfakcjonowany - pracował w ślimaczym tempie. Wyrzucił co najmniej dwa ukończone albumy w ostatniej dekadzie. Podobnie jak poprzednie płyty (The Winding Sheet z 1989 roku i Whiskey for the Holy Ghost z 1993) Scraps at Midnight to płyta surowa, oszczędna gdzie głęboki, mroczny głos Lanegana współgra z delikatnymi dźwiękami gitary Mike Johnson’a, byłego basisty Dinosaur Jr. Do tego starannie dobrano dźwięki kilku innych instrumentów. Główna różnica polega na tym, że teraz o północy, nareszcie, Lanegan rozważa pójście spać i obudzenie się następnego ranka i to co, można zrobić dalej. „Życie nie jest ciężkie, jest tylko nie łatwe”, śpiewa w piosence „Stay” i wydaje się, że mimo całej prostoty tego stwierdzenia – wiedza ukryta w nim jest efektem ogromnie trudnej lekcji. I’ll Take Care of You Gdy muzyk decyduje się wypełnić cały album przeróbkami utworów innych artystów, to zazwyczaj sugeruje, że mogło nastąpić poważne zwyrodnienie źródeł twórczego natchnienia. I choć to faktycznie może być prawda, to co z tego? W końcu nikt naprawdę nie zwracał uwagi na solową karierę byłego wokalisty Screaming Trees, więc dlaczego ktokolwiek miałby się teraz przejąć? Dlaczego ktokolwiek miałby się zastanawiać nad tym, że po trzech coraz bardziej dołujących albumach solowych, które prezentowały wybitny talent Lanegana jako autora prawdziwych ballad w tradycji amerykańskiej – teraz zdecydował się zrobić po swojemu kilkanaście piosenek innych ludzi? Dlaczego ktokolwiek miałby się przejąć tym, że teraz jego zachrypnięty, pełny emocji głos wydobywa ukryte piękno z utworów innych amerykańskich twórców? No cóż, jest tylko jeden powód: taki, że Mark Lanegan (...)jest jednym z najbardziej poruszających wokalistów. Niezależnie od tego, czy wykonuje piosenkę The Leaving Trains, czy Jeffrey’a Lee Pierce’a, czy O. V. Wright’a czy Tima Hardina – Lanegan wchodzi swoim przepalonym, zachrypniętym i wzruszającym śpiewaniem głęboko do samego sedna każdej piosenki. I nie ważne, czy jest to utwór country, czy R&B, czy folk, czy post punk. Mark Lanegan po swojemu otacza je wszystkie baśniowym okryciem, co powoduje, że brzmią jakby sam je napisał. A przede wszystkim, jeśli ktokolwiek może spowodować, że utwór śpiewany oryginalnie przez Falling James’a zabrzmi jak dzieło istotne – to jest to Mark Lanegan. Delikatny podkład instrumentalny (zazwyczaj jedynie gitara i subtelna perkusja, choć w niektórych utworach pobrzmiewają również urokliwe dźwięki organów) w centrum uwagi jest tu głos Lanegana oraz piosenki, które śpiewa. I niezależnie od tego, czy oryginalnie była to mroczna opowieść („Carry Home” zespołu Gun Club) czy kawałek, w którym można odnaleźć cień nadziei („Consider Me”), Lanegan wydobywa z nich wspólną nić tęsknoty i smutku. A więc: tak, I’ll Take Care of You to jest album z przeróbkami utworów innych artystów. Ale przede wszystkim jest to album Marka Lanegana i stanowi mroczną, wciągającą i bardzo osobistą podróż. A więc: nie, twórcze natchnienie nie znikło. I jeszcze: tak, powinno cię to zainteresować. Field Songs Były wokalista Screaming Trees powraca ze swoim piątym solowym albumem, który bije na łeb wszystko, co było wcześniej. Tym razem głównym wspólnikiem Lanegana jest dawny basista Soundgarden, Ben Shepherd, czyli mamy jakby „Powrót Mistrzów Grunge’u”. Na szczęście nie ma to odzwierciedlenia w piosenkach. Poza tym Shepherd nie zbliża się zbyt często do mikrofonu, co robił w zespole Hater i w jednej piosence na albumie Superunknown zespołu Soundgarden – każda okazja jest dobra, żeby o tym przypomnieć. Piosenki są posępne, nastrojowe i – ośmielę się stwierdzić – trochę Cohen’owe, co w moim odczuciu zawsze jest dobre. A wszystko to za sprawą głosu. Niedawno Mark Arm [Mudhoney] stwierdził, że zgodziłby się chętnie na taką akcję, żeby zespół chirurgów przytrzymał Lanegana na tyle długo, żeby mogli wykonać przeszczep gardła i żeby to on właśnie był beneficjentem. To jest znamienne stwierdzenie jako, że Lanegan z łatwością mógłby obudzić zmarłych, jak również czarować damy swoim chropowatym, demonicznym nawoływaniem. Sumując – płyta stanowi zadziwiający zwrot twórczy u Lanegana – piosenki, teksty i melodie są zachwycające. Jedyny powód do narzekania, jaki potrafię znaleźć to też jest w pewnym sensie delikatny ukłon: w przypadku tego albumu istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że źle zrozumiesz fragmenty tekstów. Ale, czyż nie jest tak, że to najlepsi artyści są zawsze opacznie rozumiani? (...) I czy to umniejsza w jakikolwiek sposób potęgę tego zbiorku? W żadnym wypadku. Ten krążek to najnowsze wydawnictwo wśród wielu płyt podobnych artystów, którzy porzucają swoje brzmienie dla bardziej stonowanego, o mrocznym zabarwieniu. Tyle, że Lanegan od początku to robił. Tym razem jest oczywiste, że on może być tylko coraz lepszy. Here Comes That Weird Chill Here Comes That Weird Chill to zajawka poprzedzająca następny pełny album Lanegana (...), zawiera kilka utworów, które nie weszły na płytę (w tym jednego covera Captaina Beefhearta). Tak jak w przypadku poprzednich wydawnictw, mamy tu zarówno spokojne, zadumane ballady, np. prowadzoną przez pianino„Lexington Slow Down” oraz głośniejsze, ostrzejsze rockowe piosenki, np. „Methamphetamene Blues” z potężną industrialną maszynerią. Zawsze chętny do współpracy, Lanegan zaprosił do udziału między innymi Josha Homme’a i Nicka Olivieri z QOTSA, Grega Dulli z Afghan Whigs i Deana Weena z zespołu Ween (...). Jedna osoba, której brakuje w tym zestawie to Mike Johnson, który od samego początku był współtwórcą muzyki solowej Lanegana. Mark po prostu stwierdza, że Johnson jest nieobecny bo „zdecydował, że nie chce grać na tym albumie”, ale mówi też, że zmienił nazwę projektu z „Mark Lanegan” na „Mark Lanegan Band” z tego powodu. „Poprzednie płyty były też w dużym stopniu płytami Mike’a Johnsona, przynajmniej w moim odczuciu”, stwierdza, „Nie wiem, czy on powiedziałby to samo”. Zmiana nazwy ma odróżnić tamte płyty i cokolwiek zdarzy się po nich. Bubblegum Na początek jest coś, co powinniście wiedzieć na temat Marka Lanegana, amerykańskiego człowieka renesansu muzyki tradycyjnej. Dawny leader niedocenionych zadymiarzy grunge’owych, Screaming Trees, chwilowy wokalista Queens of the Stone Age a także (...) trubadur rockowy mający na swoim koncie kilka znakomicie przyjętych płyt solowych, Lanegan jest właścicielem najlepszego głosu wśród rockowych wokalistów swojego pokolenia. Jest to chropowaty baryton, podrasowany przez Marlboro, wytrawiony przez whiskey. Ale to co potwierdza ten wysoki status to jest sposób, w jaki Lanegan wydobywa cierpienie nasączone melancholią z każdej szczeliny języka angielskiego i powoduje, że każda niewyraźnie rzucona sylaba brzmi jak nikczemna prośba późną nocą. Lanegan posiada głos, który może straszyć dzieci, ale też przynieść pocieszenie w najcięższej chwili. Głos, który potrafi zedrzeć dekoracje, ale również zaczarować ptaki na niebie. To jest różnorodność, to jest Głos. Tak więc Bubblegum to jego pierwsze ostrożne wyjście w światła reflektorów od czasu, gdy sprawy u Queens tak fatalnie się pokomplikowały na początku tego roku. Ta płyta wypełniona jest tak szeroką gamą emocjonalnych odcieni, że wydaje się być specjalnie skrojona na miarę tak, aby pokazać wszystkie możliwości potężnego, zmęczonego tym światem śpiewu Lanegana. Prezentuje ona najlepszy zbiór piosenek, jakie Lanegan napisał w swojej długiej i krętej karierze. A także gościnny udział kilku osób, które poproszone zostały o pomoc. Koledzy z QOTSA, Josh Homme i Nick Olivieri pojawiają się w wielu miejscach, P.J. Harvey dodaje zachwycająco dźwięczny głos w „Hit the City” i „Come to Me”, natomiast Izzy Stradlin i Duff MacKagan, dawniej popisujący się w Guns’N’Roses, odkupują część grzechów popełnionych w czasach gwiazdorstwa dodając zadumaną przestrzeń w piosence „Strange Religion”. Bez wątpienia jednak to jest płyta Marka Lanegana, utkana ze smutnych, bardzo smutnych piosenek i sprawia wrażenie jakby była (...) cmentarzyskiem utraconej miłości i krnąbrnej narkotycznej rozpaczy. To jest album na którym Lanegan staje twarzą w twarz z demonami i wykańcza je swoim gardłowym chrypieniem. I jakoś tak, pomiędzy tym wszystkim, triumfalnie robi wyjątkowo piękny album. Płyta Bubblegum jest odważna, a jednocześnie bezbronna, tak jak ranny lew. „When Your Number Isn’t Up” otwiera całość i brzmi tak, że Johnny Cash byłby szczęśliwy gdyby napisał tę piosenkę na koniec swojego szlachetnego pobytu na planecie Ziemi. Natomiast w „Hit the City” słyszymy jak Lanegan i Harvey szykują się, aby wzniecić życiodajną zadymę w miejscowej spelunce. Potem jest „One Hundred Days” – bolesne wyznanie i chyba najlepsza piosenka, jaką Lanegan do tej pory napisał. Króciutka, niespełna półtorej minutowa piosenka „Bombed” to próbka nieskażonego piękna, duet o zapachu płatków róży w wykonaniu Wendy Rae Fowler i Lanegana, który tutaj brzmi jakby dopiero co się obudził. Natomiast „Methamphitamine Blues” to utwór, który od 40 lat chodzi po głowie Kitha Richardsa. Harvey powraca w utworze „Come to Me”, który jest częściowo sadystyczną kołysanką, a częściowo miłosną piosenką o smaku alkoholu, poplamiona słonymi łzami i strużkami słodkawej krwi. Jest to najbardziej sexowna piosenka miłosna jaką napisano po „Let’s Get It On”. Za to „Wedding Dress” jest najbardziej niepokojącą balladą od czasu, gdy Nick Cave schował swoją kolekcję noży. To są piosenki, które wędrują po drodze oznakowanej napisem „Zapomnienie”, ale Lanegan, który przetrwał kataklizmy w prawdziwie amerykańskim stylu, przypala papierosa i uśmiecha się krzywo, wiedząc jakie to wszystko jest głupie i śmieszne. Jest człowiekiem, który potrafi walczyć z egzystencjalnymi okropnościami życia, z udręką miłości i jej końca. Potrafi traktować to wszystko jako niezbędne przystanie, które należy odwiedzić w trakcie podróży zwanej życiem. Lanegan potrafi sprawić, że wszystkie te doświadczenia brzmią jak przygoda, która brew wszelkim przeszkodom jest radosna, cenna i święta. Brzmi jak niepokonany, nieśmiertelny i niezniszczalny. Zapis całej rozmowy w języku angielskim dostępny jest tutaj: www.onewhiskey.com/articles/jadwigainterview04.htm powrót |
|
|
Politechnika Rzeszowska
Akademickie Radio i Telewizja Centrum © 2006 Wszelkie prawa zastrzeżone |
|
|
|
|
Wszystkie materiały prezentowane na stronach serwisu www.radiocentrum.pl (np. teksty, layout, grafiki, zdjęcia, logotypy, kod html/css etc.)
chronione są prawem autorskim. Ich nieautoryzowane wykorzystanie w jakikolwiek sposób jest karalne. |
|